PRZEGLĄD KOSMETYCZNY | WRZESIEŃ 2018

22:54

Już od kilku dni w nagłówku kalendarza dumnie widać nazwę październik, czas więc na dobre pożegnać się z poprzednim miesiącem i jego pozostałościami w postaci kosmetycznych śmieci. I tak jak się spodziewałam w poprzednim przeglądzie - jego mniejsza objętość była tylko jednorazowym wyskokiem i dziś zapraszam Was na standardowej wielkości przegląd, w którym podsumujemy kosmetyczny wrzesień :)


DENKO


Po zdjęciach do dzisiejszego wpisu widać jak na dłoni, że pogoda ostatnio szaleje i nie może się zdecydować, czy bardziej być letnią, czy jesienną. I mimo że wszystkie zdjęcia robiłam po sobie w ten sam dzień, to każde wygląda jak z innej parafii, za co Was z góry przepraszam.


Ale dość o sprawach technicznych, przejdźmy w końcu do meritum. Na początek kosmetyki do włosów, których aż cztery opakowania w minionym miesiącu wylądowały w moim pudełku na denko. Pierwsza z nich to odżywka do włosów z granatem i jagodami acai od Petal Fresh przeznaczona do włosów farbowanych. O produktach tej firmy w Internecie ostatnio jest dość głośno ze względu na ich naturalne składy, opinie o nich jednak są zgoła odmienne. Odżywka miała gęstą konsystencję, którą dobrze nakładało się na włosy. Miała dość specyficzny zapach, który nie przypadł mi do gustu, ale też nie zniechęcił mnie do jej stosowania. Poza tym zazwyczaj produkty naturalne nie pachną zbyt przyjemnie, mogłam więc być na to przygotowana. Na szczęście jego woń nie utrzymywała się zbyt długo na włosach, dało się więc ją przeżyć. Sama odżywka jednak swoim działaniem mnie nie zachwyciła. Przez jej treściwą konsystencję dość łatwo można było obciążyć sobie włosy. A, że mam je dość cienkie, to o to nie było trudno. Do tego bez użycia maski musiałabym myć je codziennie, ponieważ na drugi dzień po myciu nie wyglądały już dobrze i świeżo, i jedynie suchy szampon jakoś je ratował. Mimo dobrej wydajności, ja do tego produktu raczej nie wrócę, ponieważ nawet obiecanej ochrony koloru nie zauważyłam. Chyba, że wypróbuję inny wariant zapachowy, bo może akurat te składniki moim włosom nie odpowiadały... Zastanowię się jeszcze nad tym. Natomiast kolejne puste opakowanie w tym denku to wspomniany przeze mnie przed chwilą suchy szampon. Tym razem jednak postanowiłam sprawdzić inną firmę niż mój ulubieniec z tej kategorii, Batiste, i dlatego w denku wylądował suchy szampon marki Schwarzkopf, got2b Fresh It Up Volume, który służył mi dobre kilka miesięcy. Miał bardzo przyjemny zapach, nie dusił ani nie powodował kasłania. Bardzo dobrze odświeżał włosy, a biały nalot nie był kłopotliwy i szybko "się wchłaniał". Suchy szampon marki Schwarzkopf okazał się być bardzo dobrą alternatywą dla Batiste i teraz przy wyborze tego typu produktu będę się musiała dłużej zastanawiać nad tym, który z nich tym razem powinnam wrzucić do koszyka.


Tak się złożyło, że w jednym miesiącu dna dobiły dwie maski do włosów, których używałam naprzemiennie przez dłuższy czas. Pierwszą z nich była maska Garnier, Botanic Therapy Mityczna Oliwka, która na blogu pojawiała się już kilkukrotnie, ostatnio nawet znalazła swoje miejsce w ulubieńcach. I wydaje mi się, że powiedziałam już o niej tyle, by nie musieć teraz po raz kolejny jej recenzować. Tak samo jak i drugiej maski, która jest moim ulubieńcem od początku tego roku. Odkąd tylko ją odkryłam, zużyłam już ze trzy albo nawet i cztery opakowania, a kolejne - na zastępstwo tej z denka - już do mnie idzie i będzie w październikowych nowościach. Maska drożdżowa Babuszka Agafii, bo to o niej mowa, na stałe wpisała się w moją pielęgnację włosów. Używam jej raz w tygodniu i wciąż widzę efekty takiego stosowania w postaci nowych włosów. I jeśli będzie tak dalej, to na pewno szybko z niej nie zrezygnuję i sukcesywnie będę kupować kolejne opakowania.


W kategorii kosmetyków do ciała też znalazłabym swojego ulubieńca. Nawet dość długo wahałam się, czy nie umieścić żelu pod prysznic Original Source o zapachu limonki w moich ulubieńcach kwartału, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie będę specjalnie do zdjęcia kupować nowego produktu (zwłaszcza, że moim celem jest zużywanie zapasów, a nie ich powiększanie), a nie chciałam też fotografować pustego opakowania. Musicie jednak wiedzieć, że naprawdę rzadko się zdarza, aby jakikolwiek żel pod prysznic zachwycił mnie do tego stopnia, bym nawet zaczęła się zastanawiać nad umieszczeniem go w ulubieńcach. Ten jednak był wart każdej wydanej na niego złotówki dzięki swojemu bardzo świeżemu, limonkowemu zapachowi (bez grama sztuczności!), dobrej wydajności, super pienieniu się i nie wysuszaniu przy tym skóry. Żel robił wszystko, czego wymagam od tego typu produktów i to z nawiązką. I jeśli nie mieliście jeszcze okazji wypróbować produktów Original Source, to szczerze polecam, ja sama na pewno spróbuję innych wariantów zapachowych ich żeli pod prysznic, by przekonać się, czy równie mocno będą mi odpowiadać. A z racji, że ów żel skończył mi na samiuśkim początku miesiąca, we wrześniu udało mi się również zdenkować i drugi tego typu specyfik - z Love Nature, wersja melon i woda kokosowa. To był zupełnie inny zapach od poprzednika, bardziej słodki niż świeży, ale całkiem przyjemny i nie mdły. Dobrze się pienił, mył wystarczająco i nie wysuszał skóry. Dobry, miło mi się go zużywało, lecz nie był tak zachwycający jak jego poprzednik. Poza tymi żelami pod prysznic we wrześniu zużyłam również aloesowy żel do higieny intymnej Feminelle, który służył mi naprawdę bardzo długo, bo od kwietnia. Myślę, że jego dobra wydajność to zasługa wygodnej w użyciu pompki, która dozuje odpowiednią ilość produktu. Jest to wersja ochronna z ekstraktem z aloesu, kwasem mlekowym i witaminami, żel był delikatny i zapewniał świeżość. Mam już kolejne jego opakowanie, bo naprawdę sobie go chwalę, myślę więc, że to jest najlepsza rekomendacja.


We wrześniu w końcu dna dobił płyn micelarny z Biolaven. Już we wpisie poświęconemu tej marce marudziłam, że choć w pielęgnacji sprawdza mi się naprawdę dobrze, to przez jego wydajność zwyczajnie zdążył mi się znudzić. I dlatego ze sporą ulgą przyjęłam dno opakowania. Chętnie do niego wrócę, ale najpierw musi minąć trochę czasu, bo na razie chcę sprawdzić coś innego z tej kategorii. Natomiast tonikowi i serum do twarzy z serii True Perfection, które we wrześniu zużyłam do ostatniej kropelki, również poświęciłam osobny wpis, a serum dodatkowo trafiło do moich ulubieńców kwartału. Myślę więc, że wszystko o tych produktach już napisałam. Bardzo miło wspominam ten test i samo używanie kosmetyków z linii True Perfection było dla mnie niezwykle przyjemne, nawet pomimo trafienia na dość felerne opakowanie toniku.


W ogóle wrzesień obfitował w denka moich ulubieńców, bowiem jeśli chodzi o kosmetyki do make up'u, także kilka z nich dobiło dna. Podkład The One Aquaboost używałam namiętnie przez ostatnie, bardziej gorące miesiące, bowiem miał on funkcję nawilżającą, która w tamtym momencie roku bardzo mi odpowiadała. I nawet fakt delikatnie "mokrej twarzy" mi nie przeszkadzał, bowiem podkład ten zapewniał mi świeżość i średnie krycie, tak bardzo przeze mnie wtedy pożądane. Tak samo krem rozświetlający The One, który w letnich miesiącach był moim rozświetlaczem. Choć to nie jest jego jedyna funkcja, bowiem świetnie sprawdzi się również jako baza rozświetlająca pod makijaż. Na zimę raczej nie dla mnie, ale kto wie, czy wiosną lub latem ponownie do niej nie wrócę, bowiem w cieplejszych miesiącach konturowanie na mokro bardziej mi odpowiada. Tusz do rzęs The One 5-w-1 Wonderlash natomiast jest już klasykiem jeśli chodzi o mój codzienny makijaż, tym razem jednak świetnie uzupełniał się z drugą, zdenkowaną przeze mnie we wrześniu maskarą - The One Eyes Wide Open, która moim zdaniem mimo fajnego otwierania oka, miała taką szczoteczkę, że ciężko malowało się nią dolne rzęsy, dlatego używałam obu naprzemiennie, przez co w krótkim okresie czasu obie dobiły dna. W poprzednim miesiącu skończyłam również rozświetlającą bazę pod makijaż z Giordani Gold, która jako jedyna z całego tego towarzystwa nie przypadła mi do gustu na tyle, by nazwać ją moim ulubieńcem. Może i fajnie przygotowywała twarz pod nałożenie makijażu, jednak nie zauważyłam zapowiadanych właściwości rozświetlających. No chyba, że zakrywałam je kolejnymi krokami, ale raczej nie o to chodzi w bazie pod makijaż, by nic na nią nie nakładać...


Ach, co to byłby za miesiąc bez zużytych maseczek? U mnie - żaden! :) I we wrześniu osobny wpis poświęciłam galaretkowatym maskom JellyMask od Marion z serii Tropical Island, które mile wspominam, bo ich jakość w porównaniu do ceny była zaskakująco dobra. Poza nimi we wrześniu zużyłam również oczyszczającą maskę z niebieską glinką marki Bania Agafii, która starczyła mi na jakieś 9 razy, a gdybym nie nakładała grubej warstwy na twarz, szyję i dekolt, to pewnie do tej pory bym ją miała w zapasach. Naprawdę, maseczki Banii Agafia są bardzo opłacalne - kosztują niewiele, a wystarczają na naprawdę wiele użyć. I do tego całkiem dobrze działają! Tę aplikowało się na 10 minut, w czasie którego zastygała na twarzy, a mimo tego bezproblemowo udawało się ją zmyć. Po takim zabiegu moja skóra była bardziej miękka i gładka, oczyszczona, odżywiona i wyraźnie zmatowiona. Ja daję jej wielkiego plusa!


A tak w ogóle to pod koniec miesiąca zrobiłam remanent w maseczkach i odkryłam, że kilka saszetek ma datę przydatności do końca tego roku, więc postanowiłam je zużyć. I z tej trójcy tylko jedna przypadła mi do gustu - była to maska dotleniająca z czerwoną glinką z Ziaja, która sprawiła, że moja skóra była miękka, gładka i miła w dotyku. Nic złego się nie zadziało, a wręcz przeciwnie - efekt bardzo mnie zadowolił. Za to kolejne dwie maseczki nie wywarły już na mnie dobrego wrażenia, ponieważ w czasie ich używania zapach był na tyle drażniący, że łzawiły mi oczy. Podejrzewam, że to sprawka zawartości alkoholu... Na szczęście żadna z masek nie zrobiła krzywdy mojej skórze. A nawet glinkowa maseczka oczyszczająca z Efektimy, Claryfing Mask, dała dość dobry efekt finalny. Skóra była wyraźnie oczyszczona, bardziej gładka i miękka, mogę więc wybaczyć to początkowe łzawienie, bo przynajmniej koniec był już w porządku. Za to maska peel-off z Perfecty z serii Oczyszczanie nie broni się niczym. Mimo nałożenia naprawdę cienkiej warstwy, dopiero po 25 minutach (a zalecany czas to 15 minut!) udało się choćby większe płaty zerwać ze skóry, resztę musiałam zmyć, a to nie należało do najłatwiejszych. Efektu nie było żadnego, poza tym od razu musiałam użyć kremu nawilżającego, bowiem skóra była mocno przesuszona. Jedyny plus to to, że nie wystąpiły żadne niepowołane konsekwencje jej użycia, ale to i tak mało. Bubel, którego każdej z Was odradzam.


Zużycie dwuetapowego zabiegu do dłoni z Efektimy natomiast to również efekt sprzątania w moich maseczkowych zapasach. Produkt ten składał się z dwóch części - peelingu oraz maski. Peeling był dość gruby, ale nie ostry. Bardzo dobrze złuszczył skórę dłoni oraz ją odświeżył. Po nim na 20 minut aplikowało się maseczkę. Ja zmyłam ją trochę przed upływem zalecanych minut, mimo to zauważyłam widocznie bardziej odżywione dłonie. Całkiem przyjemny był to efekt. Poza tą saszetką we wrześniu zużyłam również kolejne opakowanie perełek do kąpieli z Huhu, marki dostępnej w Lidlu. Bardzo lubię od czasu do czasu umilić sobie kąpiel tymi przyjemnymi, delikatnie musującymi perełkami, które zabarwiają wodę i przyjemnie koją zmysły. Natomiast pobudzający scrub do stóp Feet Up kiedyś trafił do moich ulubieńców i do tej pory podtrzymuję swoją opinię wyrażoną w tamtym wpisie. Bardzo lubię używać go na zmęczone dniem stopy, scrub nie ma drażniących drobinek i nie robi krzywdy, za to świetnie pobudza, odświeża i delikatnie wygładza. Mam już nawet jego kolejne opakowanie!


I na koniec tego standardowo długiego denka ;) chciałabym się skupić na zestawie do stóp PEDI IN A BOX z Voesch New York. Zastanawiałam się, czy zrobić osobny wpis na jego temat, jednak ostatecznie postanowiłam poświęcić mu trochę więcej miejsca w denku. Był to box przeznaczony dla jednej osoby, który składał się z czterech saszetek: soli do kąpieli, peelingu, maseczki oraz kremu, które miały być kompleksową pielęgnacją stóp i łydek. Ja miałam przyjemność przetestować wersję z zieloną herbatą i jestem bardzo zadowolona z tego produktu. Sól przyjemnie pachniała, odświeżyła i zrelaksowała zmęczone stopy. Masaż peelingiem pobudził, zregenerował i nawilżył skórę stóp oraz łydki. Błotna maseczka, trzymana przez kilkanaście minut, wygładziła i odżywiła skórę, a krem nawilżający sprawił, że ta była miękka i gładka. Całość okazała się być bardzo przyjemnym zabiegiem, trochę takim małym SPA dla stóp w pierwsze, chłodniejsze wieczory tej jesieni. Cieszę się, że miałam możliwość przetestować ten zestaw.



NOWOŚCI


Ok, skoro denko mamy już za sobą, to standardowo czas na nowości. A tych w tym miesiącu jest naprawdę malutko. W październiku bowiem szykuje się promocja na kolorówkę w Rossmannie, do tego wybieram się także na Ekocuda i wątpię, abym wyszła stamtąd z pustymi rękoma, dlatego we wrześniu zacisnęłam pasa i jedynymi nowościami są te ze standardowego u mnie zamówienia z Oriflame.


Tym razem skusiłam się na nową odsłonę produktów ze Swedish Spa, które były w promocyjnej cenie w zestawie. A ten składał się z masła do ciała, olejku do ciała oraz peelingującego mydełka. Ponadto w koszyku znalazła się kulka Activelle, krem do rąk o boskim zapachu awokado, pasta do zębów oraz nowa szczoteczka, a także tusz do rzęs z Giordani Gold - Incredible Lenght. Poza tym na zdjęciu widać również wodoodporny tusz do rzęs z Essence - Volume Hero, który moja współlokatorka dostała za grosz do swoich zakupów w Hebe i mi podrzuciła, bowiem doskonale wiedziała, że szukałam wodoodpornego tuszu na jesień, żebym nie wyglądała jak panda, gdy znowu przez wiejący wiatr się cała upłaczę.



I to tyle ode mnie tym razem jeśli chodzi o to comiesięczne podsumowanie kosmetyczne. A jak prezentują się Wasze wrześniowe denka, jesteście z nich zadowoleni? Co fajnego kupiliście w poprzednim miesiącu? Dajcie znać w komentarzach, chętnie o tym poczytam :)

Inne posty z tej kategorii

31 komentarzy

  1. Zgadzam się totalnie co do maseczek babuni. Mam tą samą z białą glinką ale nakładam cienszą warstwe i mam już ją od wielu miesięcy:D:D Pozdrawiam:*

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne denko! Bardzo obfite i zróżnicowane! Te maski do włosów bardzo mnie kuszą i coś czuję, że w końcu im ulegnę ;-) Miałam kiedyś jakiś żel z Original Source i na mnie nie zrobił takiego wrażenia, ale może to też kwestia linii zapachowej? Dla mnie zużycie w jednym miesiącu tylu produktów do makijażu wydaje się prawie niemożliwe! Ale przynajmniej widać kto używa tych produktów, a kto tylko mazia po trochę jak ja ;D Mi akurat bardzo odpowiada szczoteczka Eyes Wide Open, chociaż przy kolejnym opakowaniu już nie mam aż takiego zachwytu jak na początku. Albo się przyzwyczaiłam, albo moje rzęsy są w gorszej kondycji niż były kiedyś stąd i efekt gorszy. No i muszę w końcu zużyć zestaw do stóp od Voesh! Przecież to aż wstyd ile on leży i czeka! :D Ciekawi mnie ten tusz z Giordani Gold, czekam na jego recenzję ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja akurat z makijażu mam pootwierane po jednym, w porywach po dwa kosmetyki z danego rodzaju, dzięki czemu łatwiej mi się je zużywa :) Bo jak kiedyś miałam całą feerię tuszy, podkładów itp., których używałam równocześnie, to zużywanie szło mi jak krew z nosa :D

      Usuń
  3. Odżywki z Petal Fresh są słabe, o wiele lepsze są szampony ;) Ja je bardzo lubię ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Lata temu byłam wielką fanką żeli Original Source - mają naprawdę piękne zapachy! Miętowy to był sztosik w upalne dni ;) Niestety przegrywają cenowo z żelami Isany i Balea, no i mam 20 żeli pod prysznic w zapasie, więc nawet nie myślę o zakupie Original Source :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że ja nigdy nie miałam żelu z Isana? :O Na razie jednak też muszę zużyć swoje zapasy, dopiero po tym będę mogła pomyśleć o zakupie kolejnego :)

      Usuń
  5. Ta maska z Garniera jest idealna dla moich włosów, a kosmetyki z Oriflame tez są całkiem niezłe.
    daruciaa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Kilka zz tych produktów też ostatnio używałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Które? Nasza opinia o nich się pokrywa? :)

      Usuń
  7. Miałam ten suchy szampon tylko w wersji zielonej i byłam z niego zadowolona ;)
    Obserwujemy? zacznij i daj znać u mnie ;)
    www.jagglam.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bawię się w obs za obs. Jeśli interesuje Cię mój blog, będzie mi bardzo miło, jeśli go zaobserwujesz, tak samo ja obserwuję tylko te miejsca, które mi się podobają :)

      Usuń
  8. Znam chyba jedynie maseczkę babuszki z tego wielkiego grona. Swego czasu ją uwielbiałam i śmiało nazywałam ulubioną. Teraz nie wiem czy też bym tak powiedziała, ale jest na prawdę dobra! :) Z chęcią do niej wracam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Na ten micel, który używam teraz, na pewno nie narzekałabyś, jeżeli chodzi o wydajność - zostało mi go na zaledwie raz! Używam go od miesiąca, a maluje się góra 2 razy w tygodniu! Po Biolaven chętnie sięgnę;).
    Używam też odżywki Petal Fresh, ale innej wersji;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow! To rzeczywiście, nie znudziłabym się nim :D A której wersji odżywki Petal Fresh używasz? Sprawdza się u Ciebie? :)

      Usuń
  10. Zapisałam sobie kilka kosmetyków, które tak namiętnie polecasz i biegnę szukać ich do Rossmanna! Póki co Twoi ulubieńcy doskonale się u mnie sprawdzają, mam nadzieję, że tak będzie i tym razem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam taką nadzieję :) Daj później znać, które kosmetyki się u Ciebie sprawdziły!

      Usuń
  11. Mi natomiast ta niebieska maseczka z Bania Agafii podrażniła cerę! ;o Kupiłam zachęcona tak pozytywnymi opiniami w sieci i moja cera przez kolejne kilka dni była podrażniona i zaczerwieniona. Zupełnie nie mam pojęcia dlaczego ;o

    OdpowiedzUsuń
  12. Z nowości nic nie znam :) a z denka mam te galaretkowe maseczki do twarzy! miałam kiedyś tą maseczkę drożdżową i była ok!

    OdpowiedzUsuń
  13. Oj tak te maseczki Agafii są mega wydajne, mam oczyszczającą i nakładam tylko na twarz, zamiennie z innymi i mam ją już chyba ze 3 miesiące.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jedynie znam płyn micelarny Biolaven i jest to jeden z moich ulubionych. Dla mnie jego wydajność to duży + zwłaszcza, że kupiłam go w świetnej cenie w internetowej aptece Melissa.

    OdpowiedzUsuń
  15. Tak...jesień zmusza nas do wyboru wodoodpornych tuszy;)
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ta maska drożdżowa do włosów u mnie się sprawdzała, ale nie zauważyłam po niej przyrostu czy baby hair :) Jak nie wygram tego peelingu z Oriflame na wizazu to sama sobie kupię, bo tak mnie ciekawi ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Mi też się jakoś ciężko używało tego tuszu Ori;D

    OdpowiedzUsuń
  18. chętnie wypróbuję suchy szampon i na pewno jakąś maseczkę :D

    OdpowiedzUsuń
  19. Osobiscie nie uzywalam zadnego z tych produktow.

    OdpowiedzUsuń
  20. Bardzo lubię tusze Oriflame, ostatnim moim ulubieńcem jest The One 5-w-1 Wonderlash - świetny pod każdym względem, Giordani też kocham :) Narobiłaś mi ochoty na tę maskę Garniera :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Muszę sobie kupić maską drożdżową do włosów, bo miałam jajeczną i byłam zadowolona :)

    OdpowiedzUsuń

Cześć :) Cieszę się, że tu jesteś i że chcesz skomentować ten wpis! Informuję, że nie ma u mnie obserwacji za obserwację, na pytania zawsze odpowiadam zaraz pod nimi, a komentarze nic nie wnoszące do dyskusji (coś w stylu „świetny blog, wpadnij do mnie”) od razu kasuję. Do następnego! :)

Jestem tutaj

INFORMACJA

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka) zapisywane na Twoim komputerze. Korzystając z niej, wyrażasz na to zgodę. Więcej o polityce prywatności, obowiązującej na stronie, przeczytasz w odpowiedniej zakładce w górnym panelu bloga.