PRZEGLĄD KOSMETYCZNY | CZERWIEC 2018

22:47

Od wczoraj w kalendarzu mamy lipiec, a skoro jest już nowy miesiąc to nadszedł czas na standardowy post z podsumowaniem minionych dni w kwestii kosmetycznych zużyć oraz nowości. I dlatego też zapraszam serdecznie na ów zestawienie, dzisiaj od lupę bierzemy czerwiec.


DENKO


Jak zwykle zaczynamy od tego, co udało mi się zużyć przez ostatnie trzydzieści dni. Nie będę ukrywać, że w tej kwestii oceniam czerwiec dość przeciętnie, nie jestem specjalnie zadowolona ze swojego denka, ale też nie jestem nim zawiedziona. Jest po prostu dość standardowe jak na moje comiesięczne zestawienia. Ciekawa jednak jestem, co Wy o nim sądzicie :)


Na początek balsam do ciała o zapachu truskawek i białej czekolady Avon Naturals, umieszczony w opakowaniu przypominającym jogurt do picia. Taką też miał konsystencję - gęstą, ale lejącą się. Zapach niestety nie do końca przypominał truskawki i czekoladę, wyczuwalna w nim była chemia. A szkoda, bo to mogło być naprawdę obłędne zapachowo zestawienie. Balsam wchłaniał się całkiem poprawnie, nie był tłusty, nie zostawiał też po sobie nieprzyjemnej powłoki. Nie podrażnił mojej skóry, za to delikatnie ją zmiękczał. Był to taki przyjemny przeciętniak. Natomiast żel pod prysznic Oriflame Love Nature z oliwą z oliwek i aloesem wręcz uwielbiam! Miałam kiedyś jego mniejszą wersję i jak za oliwkami nie przepadam, tak ten zapach mnie zachwycił i to do tego stopnia, że postanowiłam kupić duże opakowanie tego produktu, które okazało się być bardzo wydajne. Zapach, jak już wspominałam, był piękny, konsystencja natomiast była przyjemnie lejąca, a opakowanie bezproblemowe w użyciu. Żel świetnie się pienił, dobrze mył i nie wysuszał przy tym skóry. Z pewnością do niego wrócę!


Jeśli chodzi o włosy, to nie będę ukrywać, że nie przepadam w ich pielęgnacji za odżywkami w spray'u. Kolejny raz jednak postanowiłam spróbować tego typu produktu i tym razem sięgnęłam po GlissKur Million Gloss od Schwarzkopf, który... niestety, nie zmienił mojej opinii. Na moich włosach tego typu produkty (poza krótkotrwałym odświeżeniem i blaskiem) nic spektakularnego nie robią. Nie widzę żadnej różnicy po ich użyciu. Do tego mam dziwne wrażenie, że przez ich stosowanie szybciej przetłuszczają mi się włosy... Mam jeszcze jakiś tego typu produkt w zapasach, ale wątpię, aby się u mnie sprawdził, choć nie omieszkam go wypróbować. Natomiast po raz pierwszy sięgnęłam w swej pielęgnacji po coś takiego, jak peeling do skóry głowy, a konkretniej mówiąc rokitnikowy od Natura Siberica, i muszę przyznać, że w jego przypadku widać różnicę. Produkt ten miał żelową konsystencję z wyczuwalnymi drobinkami oraz dość specyficzny zapach, który jednak nie przeszkadzał mi w stosowaniu. Bardzo dobrze się pienił, trzeba więc było uważać z aplikowaną ilością, żeby za dużo piany nagle nie "wyrosło" mi we włosach. Poza tym użycie większej ilości peelingu przesuszało moje włosy. Aplikowany z rozsądkiem jednak nie podrażniał, dobrze oczyszczał i odświeżał. Drobinkami można było wykonać sobie przyjemny masaż głowy, poprawiający ukrwienie. Trochę ciężko było go wypłukać z włosów, jednak nawet jeśli jakieś drobinki mi w nich zostawały, to po myciu szamponem i spłukaniu odżywki nie było już po nich śladu. Nigdy bowiem nie używałam samego peelingu do mycia, bowiem podczas aplikacji miałam uczucie splątanych i wysuszonych włosów, dlatego wymagane było użycie po nim właśnie szamponu i odżywki. Stosowany w pełnej pielęgnacji jednak przedłużał świeżość włosa i odbijał go od nasady. Peeling był też bardzo wydajny, starczył mi na pół roku przy regularnym stosowaniu raz w tygodniu, co jest naprawdę dobrym wynikiem.


Ale to nie koniec produktów do włosów zużytych w minionym miesiącu, choć tutaj akurat nie będę się specjalnie rozpisywać, bowiem o zestawie Mityczna Oliwka Botanic Therapy od Garnier pisałam już osobny post (przeczytaj: PIELĘGNACJA WŁOSÓW Z GARNIER | SERIA BOTANIC THERAPY MITYCZNA OLIWKA). Z całego zestawu jako pierwszą zużyłam odżywkę do włosów, co w ogóle mnie nie dziwi, bowiem zawsze tego typu produkty zużywają się u mnie najwcześniej (a już zwłaszcza, gdy ich objętość jest dwa razy mniejsza od szamponu). Do tego w czerwcu zużyłam również cztery rodzaje masek do włosów Be Beauty w saszetkach, o których niedługo będzie osobny wpis, więc jedynym spoilerem, jaki mogę tutaj Wam zaserwować, jest to, że jest wśród nich jedna wersja, której działanie totalnie mnie zachwyciło.


W czerwcu zużyłam także krem na dzień myWONDERbalm marki Miya, a konkretniej wersję mango. Ten krem już od jakiegoś czasu jest bestsellerem na kosmetycznych półkach, zewsząd płynie o nim wiele dobrych słów. Ja jednak mam trochę mieszane uczucia po zużyciu całej tubki, zwłaszcza początek był dość niefortunny, bowiem... ten krem mnie wysypał! Był jedynym produktem, który wtedy zmieniłam w swojej pielęgnacji i w okolicach kości policzkowych po jego stosowaniu miałam rząd niedoskonałości po jednej i po drugiej stronie, co rzadko mi się zdarza. Zrobiłam więc sobie od niego przerwę, ale za drugim podejściem wydarzyło się to samo. Dopiero przy trzeciej, ostatniej już, szansie krem nic mi nie zrobił. Nie wiem, z czego to wynikało, ale początek naprawdę mieliśmy dość burzliwy. Za to koniec... chyba widać po rozciętej tubce, że krem został przeze mnie zużyty do ostatniej kropelki i ciężko było mi się z nim rozstać, mimo że zapach nie do końca mi odpowiadał. Krem miał bardzo lekką, szybko wchłaniającą się konsystencję i sprawiał, że skóra po użyciu była miękka i gładka. Był wielofunkcyjny, można go było stosować nie tylko na twarz, ale i na całe ciało, na dzień, na noc, jako bazę pod makijaż, naprawdę wszędzie się sprawdzał, a dzięki małemu opakowaniu nie było problemu z zabraniem go w podróż. Jedyny minus to brak filtra, gdyby jeszcze to miał, byłby idealnym kosmetykiem na lato. Natomiast drugim kremem do twarzy, który zużyłam w minionym miesiącu, był rumiankowy krem Love Nature o delikatnej konsystencji i niemal niewyczuwalnym zapachu. Krem ten przywiozłam z rodzinnego domu, gdzie naprawdę długo mi służył. Bardzo fajnie koił skórę, uspokajał ją, zmiękczał i wygładzał. Szybko się wchłaniał, nie zostawiał po sobie tłustej powłoki, a gdy nałożyło się grubszą warstwę na twarz przynosił potrzebną jej ulgę. Naprawdę bardzo przyjemny produkt. I trzecim kosmetykiem, też kremem, tyle, że o innym przeznaczeniu, był arganowy krem pod oczy z Nacomi, z którym również się polubiłam i o którym więcej pisałam w poście na temat produktów marki Nacomi (przeczytaj: POZNAJMY SIĘ BLIŻEJ - Z MARKĄ NACOMI).


Z produktów do twarzy w denku wylądowały również dwa mini żele z ekstraktem z ogórka Oriflame Love Nature - na zdjęciu, niestety, widać tylko jeden, bowiem drugi (wersję z peelingiem) wyrzuciłam podczas jednego z moich ostatnich wyjazdów... Oba jednak miały przyjemny, ogórkowy zapach, fajnie chłodziły i koiły skórę. Były idealnymi produktami w podróż dzięki swoim niewielkim gabarytom i takie też miały u mnie zastosowanie. A że ostatnio wyjazdów miałam sporo, to też szybko się zużyły. Tonik z olejkiem z drzewa herbacianego Oriflame Love Nature natomiast świetnie odświeżał skórę i przywracał jej naturalne PH. Był bardzo wydajny, łagodny, miał delikatny, nieprzeszkadzający w użyciu zapach. Nie wysuszał ani też nie ściągał skóry, był to więc bardzo przyjemny zwyklak. W czerwcu zużyłam również serum do twarzy Biolaven o przyjemnym zapachu, w którym przeważała woń winogron. Produkt ten miał dość tłustą konsystencję, którą aplikowało się za pomocą pipety ze szklanego opakowania i która nie spływała z twarzy. Szybko się wchłaniał, nie zostawiał tłustych śladów ani nie brudził pościeli. Skóra po użyciu była miękka, gładka, nawilżona i delikatnie wygładzona. Był to więc naprawdę bardzo przyjemny produkt, do tego cholernie wydajny. W czerwcu zmuszona byłam także do wyrzucenia mojej gąbeczki Konjac, która od zeszłego roku jest moim ulubieńcem i która tak wiele przeszła, że czas było kupić nową, bowiem nie wyobrażam sobie już życia bez tego produktu.


Jeśli chodzi o maseczki, to w czerwcu było z nimi u mnie trochę ubogo... Zużyłam set masek w płachcie ze Skin 79 - Seoul Girl's, o którym szerzej pisałam w osobnym wpisie (przeczytaj: SET MASEK SEOUL GIRL'S OD SKIN 79). Do tego zdenkowałam maskę Balea Aqua Tuchmaske, aplikowaną w ten sam sposób, co poprzedniczki - za pomocą dobrze wyciętej, dopasowanej i świetnie przylegającej do owalu twarzy płachty. Aplikowało się ją na 10 minut, a po ściągnięciu maska pozostawiła po sobie przez dłuższą chwilę uczucie lepkości. Gdy ono zniknęło, skóra była nawilżona i odżywiona, sam produkt więc oceniam na plus. I żeby nie było, że tylko same płachty mi w głowie, to zużyłam również maseczkę w kapsułce marki Holika Holika Super Food Capsule Pack, której zawartość wystarczyła mi aż na 5 porządnych użyć! A mówiąc porządnych, mam na myśli, że naprawdę nie szczędziłam sobie produktu, zwłaszcza, że po otwarciu opakowania jego zawartość trzeba było zużyć w przeciągu 7 dni. Miałam więc cały tydzień kompleksowej pielęgnacji. Maseczka miała gęstą, budyniową konsystencję i zapach męskiej wody po goleniu. Aplikowało się ją na twarz na całą noc, ja robiłam to zamiast kremu. Maseczka dość szybko się wchłaniała i nie brudziła poduszki, a efekt rano był naprawdę zachwycający. Dawno nie miałam tak miękkiej, gładkiej i sprężystej skóry jak po użyciu tego produktu, chętnie więc do niego wrócę.


Najbardziej z tego denka jednak jestem dumna ze zużycia pomadki do ust Isana Hydro, bowiem zawsze tego typu produkty zdają się nie kończyć, mimo częstego używania. Pomadka ta bardzo dobrze zmiękczała wargi, nawilżała i szybko się wchłaniała w skórę. Jedna z lepszych, jakie przyszło mi używać i to za niewielkie pieniądze. Zużyłam również dwa produkty do makijażu, pierwszym z nich jest korektor Maybelline Affinitone, jeden z moich ulubionych, drogeryjnych tego typu produktów. To było jego drugie opakowanie w moim życiu. I choć może nie radzi sobie jakoś spektakularnie z moimi zaczerwienieniami pod oczami, to zakrywa je oraz pojawiające się co jakiś czas niedoskonałości w zadowalającym mnie stopniu, a dzięki aplikatorowi w postaci szpatułki jest łatwy w nakładaniu. I dlatego czasem do niego wracam, dopóki nie znajdę ulubieńca w tej kategorii, który odmieni wszystko. Natomiast co do podkładu Giordani Gold Liquid Silk mam dość mieszane uczucia. Rzeczywiście miał dobre krycie i po zniknięciu pierwszego uczucia lepkości skóra w nim oddychała, jednak jego płynna konsystencja nie do końca mi odpowiadała. Do tego mam dziwne uczucie, że ważył mi się z innymi produktami do makijażu. Nie wiem więc, czy do niego wrócę... Może to dobry czas, by porównać go ze słynnym podkładem z Catrice? Hm. Ale wracając do denka - w czerwcu zużyłam również kolejny krem do rąk, tym razem marki Pielor o zapachu lawendy, który umieszczony był w niewielkim, idealnym do torebki opakowaniu. Miał lekką, szybko wchłaniającą się konsystencję i cudowny, lawendowy zapach, który może nie utrzymywał się na dłoniach zbyt długo, ale przynajmniej uprzyjemniał mi aplikację. A że ja lubię zapach lawendy, to nic dziwnego, że się z nim polubiłam. I to do tego stopnia, że ani się obejrzałam, a już mi się skończył... W czerwcu również dobiegł końca flakon mojej ulubionej wody toaletowej Women's Collection Innocent White Lilac o bardzo realistycznym zapachu bzu. Idealny na sezon wiosenno-letni, mogłam go nosić co dzień na sobie (i pewnie dlatego tak szybko dosięgnął dna). 


I na koniec dwa produkty do stóp. Pierwszym z nich była regenerująca maska do stóp w skarpetkach, z których aplikacją nie było większych problemów. Na stopach trzymałam je ponad godzinę, jednak oprócz schłodzenia i odświeżenia stóp nie zauważyłam większych regenerujących efektów. Tak samo jak i po scrubie Foot Works z Avon o zapachu wanilii i porzeczki - bardzo intensywnym i przyjemnym. Peeling miał gęstą konsystencję, w której było niewiele drobinek. I mimo że były one dość grube, i nieźle radziły sobie ze złuszczaniem martwego naskórka na stopach, to nie były zbyt dobrze wyczuwalne na skórze, co ja osobiście bardzo lubię. Scrub fajnie odświeżał, wygładzał skórę, był takim przyjemnym dodatkiem do kąpieli, jednak nie porwał mnie na tyle, by sięgnąć po kolejne opakowanie.



NOWOŚCI


Ok, skoro już Wam pokazałam, co zostało w czerwcu przeze mnie wyrzucone, to teraz czas na to, czym zostało to zastąpione.


Na początku czerwca przybyła do mnie paczka od nostami, autorki bloga Urbanbeautician, wypełniona po brzegi wspaniałościami z Balea. Ta cudowna osóbka przy okazji swojego wyjazdu do Budapesztu postanowiła zakupić kilka rzeczy, które chciałam dla siebie i mojej przyjaciółki oraz dorzucić do tego jeszcze inne dodatki, których kompletnie się nie spodziewałam. Jeszcze raz dziękuję Ci kochana za to wszystko!


W czerwcu także udało mi się wylicytować mojego drugiego SWOP-a na portalu DressCloud, w którym znalazł się mini aloesowy żel pod prysznic z Holika Holika, mydło z Hagi Cosmetics oraz maseczka w kapsułce Holika Holika (której wrażenia po użyciu opisałam powyżej). Do tego w tej pachnącej przesyłce umieszczone zostały próbki, kupony rabatowe, czy naklejki. Więcej o samym portalu DressCloud pisałam przy okazji wygranego pierwszego SWOP-a (przeczytaj: MÓJ PIERWSZY WYLICYTOWANY SWOP, CZYLI O CO CHODZI W DRESSCLOUD).


Standardowo, jak co miesiąc w moich nowościach, musiało pojawić się również zamówienie z Oriflame. Tym razem znalazły się w nim dwie gąbeczki Konjac oraz dwa peelingi do stóp FeetUp - oba te produkty bardzo lubię i były w katalogu nr 8 w okazyjnej cenie, więc zrobiłam dla siebie większe zapasy. Do tego kupiłam jeszcze zestaw do makijażu w postaci bazy, podkładu The One oraz miękkich gąbeczek, który także był w wartej zakupu promocji. Do koszyka wrzuciłam też pędzel kabuki o bardzo miękkim włosiu oraz tusz do rzęs FatLash zamiast opłaty za wysyłkę.


Tak się złożyło, że w tym miesiącu przyszły zamówienia z dwóch katalogów (8 i 9), jednak z tego drugiego zrobiłam dla siebie już naprawdę bardzo skromne zakupy w postaci suchego szamponu HairX, kremu z filtrem SPF20 SunZone oraz kremu na dzień Essentials, który wybrałam jako produkt zamiast opłaty za przesyłkę.





I to by było na tyle, jeśli chodzi o mój kosmetyczny czerwiec. Znacie coś z powyższych kosmetyków? Jeśli tak, to jakie jest Wasze zdanie na ich temat? I jak tam Wasze denka, jesteście z nich zadowoleni? Czekam na komentarze! :)

Inne posty z tej kategorii

28 komentarzy

  1. Przesadzasz, denko konkretne :) Też mam ten peeling do skóry głowy i to też mój pierwszy produkt. W sumie to jest fajny, choć trochę problematyczny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, trzeba mu poświęcić trochę czasu :)

      Usuń
  2. Kosmetyki ciekawe, lecz sama nie uzywalam chyba niczego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Również polubiłam ten peeling do skóry głowy od Natura Siberica, ale zapach mi się bardzo podobał :D Przy okazji czytania wyłapałam dwie literówki: zamiast "na tapetę" powinno być "na tapet" i zamiast "Infinitone" - "Affinitone" ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. mgiełki gliss kur pojawiają się u mnie od kilkunastu lat regularnie

    OdpowiedzUsuń
  5. Takiego denka to ja po czterech miesiącach bym nie miała ;D
    Serum z biolaven mam i chwalę sobie wyjątkowo, mój ulubieniec wśród kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam tą serię GlissKur i u mnie sprawdza się całkiem nieźle :)
    Mój blog-klik

    OdpowiedzUsuń
  7. bardzo lubię ten peeling rokitnikowy, próbowałam kilku innych droższych i wróciłam jednak do niego

    OdpowiedzUsuń
  8. perfumy z bzem jeszcze mam i kocham <3 mam takie same uczucia co do podkładu GG, niby fajny, ale jakoś tak nie współpracuje z innymi kosmetykami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, czyli to nie tylko moje zdanie, że coś z nim jest nie tak, ale nie do końca wiadomo co... :)

      Usuń
  9. Ogromne denko :D niektóre kosmetyki znam inne chętnie poznam. Jeżeli chodzi o garnier botanic to ja mam tą wersję z miodem i propolis :) chwalę sobie ^^
    Pozdrawiam cieplutko myszko :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Widzę piękne zużycia, u mnie peeling z rokitnikiem dalej pozostaje, ale przyznaję, że często zapominam go używać! ;-) Mnie krem z mango Miya zachwycił. niebawem zacznę testować wersję różaną i wiem już że poprzeczka jest uniesiona wysoko. I ja chyba NIGDY nie zużyłam pomadki ochronnej zanim nie skończył się jej termin ważności, gratuluję!!!
    U mnie z nowości dosłownie poza swopem te same "zestawy" będą! Jeszcze wyjdzie na to że odgapiam! ;-))) Także zakupy z Balea oraz zamówienia z Oriflame. I moje drugie jest również znacznie mniejsze od pierwszego, ale przede wszystkim znalazł się w nim cudowny blender za program dla nowych konsultantek.
    Kochana trzymam kciuki za zużycia lipcowe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sobie go postawiłam na wannie w widocznym miejscu i tak raz w tygodniu udawało mi się go używać :) Co do Miya to sama wiesz, że uczucia są dość mieszane i pewnie gdyby nie początkowe perturbacje, to również stałby się moim ulubieńcem :)
      Czekam zatem na Twój post z nowościami, na pewno będzie wśród nich wiele cudownych rzeczy (a już zwłaszcza blender!) :)

      Usuń
  11. Ja lubię te balsamy z Avonu, zgodzę się, że cudów nie robią, takie przyjemne przeciętniaki, ale mają format sprzyjający podróżom :) ja byłam z kolei osobiście w Budapeszcie i też się obkupilam, ale w kosmetyki Alverde, są w pełni naturalne i to mnie skusiło :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Aktualnie używam kremu Miya, ale różowego. Nad tym, który Ty zużyłaś też się zastanawiałam, ale ostatecznie składem zachęcił mnie bardziej ten pierwszy :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Z natura siberica polecam szapony i odzywki do włosów

    OdpowiedzUsuń
  14. Zarówno nowości, jak i zużycia robią wrażenie! Moje oczy od razu uśmiechnęły się do gromadki z Balea. Ich maskę w płachcie absolutnie uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. O ile ciekawych nowości.. ciekawią mnie produkty Balea. :)
    Pozdrawiam i obserwuję. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Tyle tu produktów, a ja nie używałam żadnego z nich! Chyba czas wybrać się na zakupy :D

    http://the-fight-for-a-dream.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  17. A już myślałam, że balsam z Avon obłędnie pachnie a tu taki klops... Szkoda, że zalatuje chemią :/ Też lubię korektor Affinitone (chyba pierwszy w życiu jaki miałam :) ), ale polecam ten z Maybelline z gąbeczką - jest lekki, kryjący i bardzo ładnie wygląda pod okiem :)

    OdpowiedzUsuń
  18. świetne nowości! zazdroszczę tylu cudeniek od Balei ;) a denko powiem CI, że jak dla mnie całkiem spore! dobrze Ci poszło :D

    OdpowiedzUsuń
  19. Tym razem żaden kosmetyk nie był przeze mnie testowany. A ten krem-bestseller to już w ogóle dla nie nowość :P

    OdpowiedzUsuń
  20. Też używam tego balsamu z Avon Naturals i jest całkiem okey, jednak to opakowanie mnie nie przekonuje. Ciężko mi wydobyć z niego produkt :D
    Zaciekawił mnie ten peeling do skóry głowy i ten aloesowy żel pod prysznic, bo któryś raz o nim słyszę. Muszę wypróbować te produkty ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. tyle produktów że nie wiem, który nawet chciałabym spróbować;)

    OdpowiedzUsuń
  22. O matko ile nowości... moja minimalistyczna kosmetyczna część duszy aż się skręca;)))) żarcik, fajne nowości, czekam zatem na recenzje!
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  23. Znam tylko korektor Affinitone i go nie znoszę, dlatego próbuję go od dawna wykończyć ale coś mi słabo idzie:D

    OdpowiedzUsuń
  24. Moja uwagę najmocniej zwróciły produkty Balea:)

    OdpowiedzUsuń

CZEŚĆ! :)
Cieszę się, że tu jesteś i że chcesz skomentować ten wpis! Chcę jednak, żebyś wiedział/a, że nie ma u mnie obserwacji za obserwacje, a wszystkie komentarze przejawiające chamstwo lub po prostu nic nie wnoszące do dyskusji (np. „świetny blog, wpadnij do mnie”) od razu będą kasowane. Proszę, szanujmy siebie i swój czas. Natomiast do każdego konstruktywnie komentującego prędzej czy później zajrzę :) A jeśli masz do mnie jakieś pytanie - śmiało je zadaj, a odpowiem na nie pod Twoim komentarzem najszybciej, jak będzie to możliwe. Pięknie dziękuję za wszystkie konstruktywne opinie! Będzie mi niezwykle miło, jeśli dołączysz do moich obserwatorów i zechcesz mnie odwiedzać w przyszłości!
Do zobaczenia! :)

Jestem tutaj

TRANSLATE