Maski Jeju Jelly Mask od Skin79

18:34

Przyznam szczerze, że post z maskami Pokemon od Tony Moly miał być czymś w rodzaju jednorazowego wybryku na blogu. Ku mojemu zaskoczeniu, spotkał się on ze sporym zainteresowaniem, dlatego postanowiłam już na stałe umieścić tutaj podkategorię maseczkowelove i łączyć przyjemne z pożytecznym. A skoro tak, to najwyższy czas, by pójść za ciosem - tym razem na tapetę również wzięłam maski w płachcie, jednak innej firmy. Mowa o Jeju Jelly Mask od Skin79. Jeśli jesteś ciekawa mojej opinii na ich temat, zapraszam na relację z tego testu!

Tym razem jednak nie są to maski, które przyszły do mnie z Korei. Kupiłam je na stronie Skin79 Polska, bo zachęciła mnie do tego ich promocyjna cena - powyższy czteropak kosztował 19 złotych (+ przesyłka, ale nawet z nią wyszło ok. 5 zł za sztukę; żal więc byłoby ich nie wypróbować).
Wszystkie maski są w formie białej, bawełnianej płachty, nasączonej żelową formułą. Gdy otwierało się opakowanie, płachta wydawała się być lekko nasączona kolorem, ale gdy się ją wyjęło z paczki, okazywała się być biała. Aplikowałam je na twarz na 15-20 minut, bardziej trzymając się tej minimalnej granicy. Każda z nich za swoje główne zadanie miała ukoić i nawilżyć skórę, ponadto producent zapewnia, że świetnie sprawdzą się po upalnym dniu czy po zabiegach mikrodermabrazji, mezoterapii i laseroterapii. Ale nie tylko - i tego właśnie się trzymałam, bowiem upałów już nie ma, a żadnego z w/w zabiegów nie przechodziłam.

Jeju Canola Honey - Skin Glow

Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po tych maskach i którą wziąć na pierwszy ogień. Ostatecznie padło na tę, Jeju Canola Honey - Skin Glow, której zadaniem jest przede wszystkim zapewnienie skórze zdrowego blasku. A to możliwe jest dzięki wyciągowi z rzepaku i zawartości miodu. Po otwarciu opakowania nie wyczułam mocnego zapachu, ale to, co doleciało do moich nozdrzy, nie było specjalnie przyjemne. Niestety, pachniało dość sztucznie. Płachta była mocno nasączona taką galaretowatą esencją, wiele jej również wylało się z samego opakowania. Ze spokojem starczyłaby na dwukrotne, a może nawet i trzykrotne użycie. Maska dobrze przywarła do skóry, podczas 15-minutowego zabiegu nie podrażniła jej. Po ściągnięciu na twarzy zostało sporo żelowej warstwy, którą wmasowałam w skórę. Wiadomo, że nie wszystko udało mi się wetrzeć, ale reszta dość szybko się wchłonęła, pozostawiając skórę miękką i przyjemną w dotyku. Ta ewidentnie była bardziej odżywiona i wyglądała lepiej niż przed aplikacją. Mimo niedogodności w jej nakładaniu, ostatecznie zrobiła na mnie pozytywne wrażenie.


Jeju Aloe - Skin Soothing

Ten wariant, Jeju Aloe - Skin Soothing, dzięki wyciągowi z liści aloesu ma zapewnić skórze ukojenie - działać łagodząco, przeciwzapalnie i pobudzić regenerację naskórka. Maska podobnie do swojej poprzedniczki była bardzo mocno nasączona (tak na dwa/trzy użycia) taką galaretowatą esencją. W zapachu można było wyczuć aloes, ale nie był to taki typowy, naturalny zapach tej rośliny. Na przykład żel uniwersalny Aloe 99% Soothing Gel od Holika Holika pachnie o wiele lepiej i naturalniej niż woń tej maski. Płachta bardzo dobrze przywarła do skóry, która po 15-minutowej aplikacji również miała sporą warstwę pozostałości. Te jednak szybko się wchłonęły, pozostawiając skórę miękką, jednak lepką w dotyku. Ponadto gorącą. Nie odczuwałam tego podczas aplikacji, dopiero po ściągnięciu maski i kilku minutach kości policzkowe zaczęły mnie piec. Mimo nawilżenia, na początku nie byłam z niej zadowolona właśnie przez te nieprzyjemności, jednak gdy obudziłam się następnego dnia moja skóra wyglądała pięknie. Aż chciało się ją w nieskończoność oglądać w lustrze i dotykać dłońmi. Efekt miękkości i gładkości utrzymywał się dwa dni(!), co mnie bardzo pozytywnie nastroiło przed używaniem kolejnych wariantów.


Jeju Seaweed - Skin Purifying

Zadaniem trzeciej maski, Jeju Seaweed - Skin Purifying, jest zapewnienie skórze głębokiego oczyszczenia i nawilżenia - a to dzięki wodorostom, które silnie regenerują i odbudowują szarą, uszkodzoną i zmęczoną skórę. Po aplikacji ma ona być bardziej elastyczna, napięta i oczyszczona z toksyn, a jej koloryt wyrównany. Tutaj również w opakowaniu było mnóstwo galaretowatej esencji, która się wręcz wylewała z paczki. W odróżnieniu jednak od poprzednich wariantów, ta maska pachniała bardzo przyjemnie, rzekłabym, że najładniej ze wszystkich. Nie umiem sprecyzować, co dokładnie przypominał mi ten zapach, ale zdawało mi się, jakby ten kosmetyk był perfumowany. Płachta przywarła do skóry i nie zsuwała się z niej podczas 15-minutowej aplikacji. Skóra nie szczypała ani też nie została podrażniona. To była pierwsza maska z tej serii, którą gdy ściągałam z twarzy, płachta była delikatnie przesuszona. Skóra natomiast wyglądała na bardziej nawilżoną i zregenerowaną, miała jednak tę nieprzyjemną, lepką warstwę, która nie pozwalała mi się do końca cieszyć z miękkości i gładkości mojej twarzy. Niestety, ten lepki efekt utrzymywał się bardzo długo, co nie przypadło mi do gustu.

Jeju Cactus - Skin Vitality

I ostatnia maska z tej serii, Jeju Cactus - Skin Vitality, dzięki wyciągowi z opuncji ma zapewnić skórze witalność, pobudzić jej regenerację i uelastycznić ją. A skoro tak, to postanowiłam użyć ją rano, by moja twarz ładnie wyglądała przez cały nadchodzący dzień. Po otwarciu nie zdziwił mnie już nadmiar esencji w opakowaniu i na płachcie. Ta przywarła do skóry bardzo dobrze, i nie zsuwała się z niej, mimo że w międzyczasie robiłam sobie śniadanie i ogólnie przemieszczałam się po mieszkaniu. Maska pachniała bardzo ładnie, choć nie powiedziałabym, że jest to woń kaktusa. Bardziej taka katusowato-podobna. Przez 15 minut nie czułam żadnego pieczenia, skóra nie została też podrażniona. Po ściągnięciu płachty na twarzy, tak jak i w poprzednich wariantach, została lepka warstwa, której pozwoliłam się wchłonąć. Mimo tego skóra była miękka, gładka i nawilżona, wyglądała zdecydowanie lepiej niż przed aplikacją. Efekt ten utrzymywał się cały dzień i nawet mimo makijażu, moja twarz była gładka i przyjemna w dotyku.


Ostatecznie ciężko jest mi jednoznacznie ocenić te maski. Na minus na pewno źle wykrojone otwory na oczy. W każdej z nich miałam z tym problem, że płachta zachodziła mi na powieki i wiele esencji zostawało mi na brwiach. Gdy to poprawiałam, to otwór na nos mi nie pasował. I tak w kółko. Ponadto nie do końca jestem przekonana do tej galaretowatej konsystencji. Może gdyby nie było jej tak dużo na płachcie i w opakowaniu, miałabym mniejsze opory w nałożeniu ich na twarz. Początki aplikacji bowiem nie były zbyt przyjemne, chyba nikomu nie podobało by się nakładanie na siebie zimnych glutów - a takie za każdym razem odnosiłam wrażenie. Nawet zapachy mnie nie zachęcały, chyba najbardziej do ich nałożenia motywowałam się tym, że skoro już je kupiłam, to przecież nie wyrzucę. I przez to, że bardzo dużo esencji zostawało w opakowaniu, bardzo ciężko wyciągało się i rozpakowywało złożoną w nim płachtę. Ponadto esencja potrzebowała dość sporo czasu na wchłonięcie się i to mimo mojego wmasowywania resztek w skórę po ściągnięciu maseczki. Jeśli więc śpieszyłabym się gdzieś i użyła ją na godzinę przed wyjściem, nie mogłabym czekać spokojnie na jej wchłonięcie, bo w niektórych przypadkach trwało to nawet pół godziny. A potem jeszcze pozostawało to czasami uciążliwe uczucie lepkiej warstwy na skórze. Grr.
Maski fajnie więc sprawdzają się, gdy są robione wieczorem, tak na co najmniej półtorej godziny przed snem, bo gdy rano się obudzimy, będziemy zachwycone efektem. I to jest wielki plus tych masek - efekt. Bo gdy już pozbędziemy się tej lepkiej warstewki z twarzy, gdy już te resztki esencji na 100% się wchłoną w skórę, ta staje się miękka, gładka i przyjemna w dotyku. Na pierwszy rzut oka widać jej odświeżenie, nawilżenie i regenerację. Cera wygląda na zdrowszą, jakby miała w sobie więcej blasku i witalności. I co ważne - efekt ten utrzymuje się co najmniej przez cały dzień, a nawet do kilku dni. I to pod make up'em! To rekompensowało mi te uciążliwości podczas aplikacji, jednak nie wiem, czy na tyle, by sięgnąć po nie raz jeszcze. Cieszę się, że miałam okazję je przetestować, ale niestety, nie potrafię jednoznacznie ich ocenić, bo w ostatecznym rozrachunku plusy według mnie nie do końca rekompensują wszystkie minusy tej serii.


A Wy? Poznałyście już te maski? Macie wyrobione o nich swoje zdanie?

Inne posty z tej kategorii

34 komentarzy

  1. amazing post dear :)

    http://itsmetijana.blogspot.rs/

    OdpowiedzUsuń
  2. Tych konkretnych nie miałam jeszcze okazji testować, ale sprawdzałam inne żelowe maski i też niezbyt mi przypasowała ich konsystencja =)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja w świat maseczek dopiero zaczęłam się zagłębiać, więc niedziwne, że wszystkie z Twojego posta są mi obce :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Maski to dla mnie fantastyczny sposób na relaks;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Za taką cenę promocyjną chętnie bym je wypróbowała. Faktycznie takie niedopasowanie może być uciążliwe, jednak najważniejszy jest efekt, a skoro piszesz, że skóra miękka i gładka, to nie ma co narzekać :D
    Ciekawa jestem dokładnych składów masek. Nie mogę używać wielu składników nawilżających czy natłuszczających, więc u mnie zawsze skład jest podstawą do wypróbowania produktu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na stronie Skin 79 Polska są wymienione składy w/w maseczek, więc jeśli jesteś zainteresowana, to tam odsyłam :)

      Usuń
  6. Kusisz nimi, wcześniej nie miałam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie miałam tych masek ale chętnie bym je wypróbowała. Lubię testować maski szczególnie te w płacie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja bardzo lubie roznego rodzaju maseczki :)

    Pozdrawiam - http://izabiela.pl/

    OdpowiedzUsuń
  9. nazwa "jeju" mnie urzekła :D Idealny produkt dla mnie jeśli chodzi o tą kwestię haha

    OdpowiedzUsuń
  10. jeszcze ich nie miałam, ale chętnie wypróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie miałam żadnej maski Jeju :D właściwie to pierwszy raz je widzę ale w sumie chętnie wypróbuję przy okazji :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Uwielbiam maseczki :)
    Zapraszam na nowy post :)
    http://www.stylishmegg.pl/2017/10/czerwien-i-sukienka-w-gwiazdki.html

    OdpowiedzUsuń
  13. Dla efektów niby warto jest się przemęczyć, ale w tym wypadku ich konsystencja chyba jest dla mnie zbyt bardzo odpychająca. A problemy z dziurami na oczy to standard. Rzadko kiedy udaje się trafić na takie płachty, które są idealnie dopasowane do budowy naszej twarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie w sumie pierwszy raz zdarzyło się, że ten problem z wycięciami był aż tak wielki. Ale rzeczywiście, większość masek masek ma dziwnie powycinane te otwory.

      Usuń
  14. wszystkie bym wypróbowała! :) zostaję tu z Tobą na dłużej i pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie znam tych masek, ale Twój opis mnie do nich nie przekonuje, nie znoszę niczego co ma glutowatą konsystencję :/
    Na mnie nie pasuje większość maseczek, zazwyczaj po prostu delikatnie je rozdzieram. Kiedy maseczka nachodzi mi na oczy rozdzieram ją po stronie zewnętrznych kącików oczu, wtedy maska lepiej leży i nadal pasuje na nos :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy następnym razem będę mieć taki problem, na pewno wykorzystam ten sposób i też je delikatnie rozedrę :)

      Usuń
  16. Bardzo lubię te maski, aczkolwiek nie zawsze mogę sobie na nie pozwolić :) świetny post! Obserwuję blog i zapraszam do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  17. wyglądają fajnie, szczególnie podoba mi się ta z wodorostami :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja się interesuje naturalną pielęgnacją, ale czasem lubię sięgnąć po maski azjatyckie (nawet wczoraj miałam jedną na twarzy). Akurat tych nie miałam, ale z tej marki miałam taką zieloną (z tego co wiem, już jej nie ma), z pandą i taką zieloną z aloesem - najlepsza była panda, choć każdą z nich użyłam tylko jednokrotnie, więc ciężko powiedzieć, jak sprawdziłyby się podczas regularnego stosowania... ciekawi mnie ta konsystencja zimny glutek i może teraz niekoniecznie by mi ona pasowała, ale latem - czemu nie? :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Wstyd się przyznać, ale ja o maseczkach zapominam :(

    OdpowiedzUsuń
  20. Ta z wodorostami mi się podoba tylko mnie ta lepka warstwa odstrasza :(

    OdpowiedzUsuń
  21. Pierwszy raz spotykam się z tymi maskami, ale wydają się naprawdę fajne! :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Zimne glutki - brzmi obrzydliwie, ale latem czemu nie :D

    OdpowiedzUsuń
  23. Hah, seria o maskach to coś dla mnie, bo sama jestem maniakiem masek w płacie i częto sięgam zarówno po te koreańskie, jak i et europejskie (choć te pierwsze zwykle wypadają lepiej, bo dotychczas to w tych spoza Korei miałam problem ze źle wykrojonym płatem lub wykonanym ze zbyt grubego materiału...). Ale akurat tych jeszcze nie miałam, a wizja zimnych glutów mnie nie zachęca :D Pozdrawiam, obserwuję i zapraszam w wolnej chwili do siebie! Blonde Kitsune

    OdpowiedzUsuń
  24. fajnie się prezentują, jestem ich ciekawa :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Wiele razy przeglądałam tę serię w sklepie Skin79, ale jakoś nigdy nie skusiła mnie na tyle, żebym zamówiła maski. Wyglądają fajnie, ale chyba nie przyciągają mnie niczym.

    OdpowiedzUsuń
  26. Mam trzy te maseczki w zapasach, ale jeszcze nie próbowałam ;)

    OdpowiedzUsuń
  27. Miałem dziewczynę co bardzo używała maseczek i bardzo tego nienawidziłem.Nie wiem po co to kobiety robią.

    OdpowiedzUsuń
  28. Nie wiem jak to się stało, że przeoczyłam ten post, bo przecież uwielbiam te maseczkowe zestawienia! ;-) Mam w zapasach którąś z tych zielonych masek Jeju, ale jeszcze nie używałam więc tym bardziej z ciekawością przeczytałam Twój post! I strasznie jestem ciekawa tej galaretkowatej konsystencji i chyba jutro zrobię porządek w tych moich zapasach, chociaż po recenzji mam nadzieję, że mam tą Seaweed hihih (bo boję się trochę szczypania skóry ;P). No i zobaczymy, czy dam radę nakładać na siebie "zimne gluty" <3 <3

    OdpowiedzUsuń

Cześć :) Cieszę się, że tu jesteś i że chcesz skomentować ten wpis! Informuję, że nie ma u mnie obserwacji za obserwację, na pytania zawsze odpowiadam zaraz pod nimi, a komentarze nic nie wnoszące do dyskusji (coś w stylu „świetny blog, wpadnij do mnie”) od razu kasuję. Do następnego! :)

Jestem tutaj

INFORMACJA

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka) zapisywane na Twoim komputerze. Korzystając z niej, wyrażasz na to zgodę. Więcej o polityce prywatności, obowiązującej na stronie, przeczytasz w odpowiedniej zakładce w górnym panelu bloga.