MOJA AKTUALNA PIELĘGNACJA | POCZĄTEK 2019 ROKU

17:17

Nowy rok to liczne plany i postanowienia. I jak w tym roku w moim życiu ich zabrakło, tak nowego rozdania na blogu nie mogłam sobie darować i z pewnością w ciągu tego roku pojawi się tu kilka nowych cyklów. A, że mamy już połowę lutego, czas wystartować z pierwszym z nich - moją aktualną pielęgnacją.


Do tej pory często czytałam tego typu wpisy na innych blogach i osobiście bardzo je lubię, dlatego postanowiłam tę serię wprowadzić również u siebie. Jestem ciekawa, jak się przyjmie - z jakim odzewem z Waszej strony się spotka i jak mnie samej będzie się ją prowadzić.

WŁOSY


Ten przegląd zacznijmy od czubka głowy. Akurat moja pielęgnacja włosów nie jest zbytnio wymyślna, stawiam raczej na podstawowe kosmetyki. Mam to szczęście, że za wyjątkiem braku objętości, moje włosy są niemal bezproblemowe. Mogę na przykład pójść spać w zupełnie mokrych i nierozczesanych włosach, i nic złego się nie wydarzy - nazajutrz będą suche i bez problemu się ułożą. Z natury bowiem mam je proste, lejące się, miękkie, niezbyt podatne na stylizację. Moje włosy nie puszą się, nie kołtunią, jedynie co jakiś czas pojawia się problem ich nadmiernego wypadania, a brak zastosowania odżywki może spowodować, że na drugi dzień po myciu będą wyglądały na przesuszone. Za to dość łatwo jest je obciążyć kosmetykami pielęgnacyjnymi i sprawić, by były przetłuszczone u nasady i wyglądały na klapnięte, ale po tylu latach ich posiadania już nauczyłam się, jaka dawka jest im potrzebna i rzadko zdarza mi się przesadzić.


Generalnie myję je co 2 dni i to mi w zupełności wystarcza. Aktualnie używam do tego szamponu Schauma od Schwarzkopf, wersja Paradise o kwiatowym zapachu (który pięknie pachnie tylko w butelce, na włosach jest już niewyczuwalny). Dla mnie bowiem szampon ma myć i dobrze się pienić, w dodatkowe działania zwyczajnie nie wierzę. Poza tym zawsze po nim nakładam na głowę odżywkę, więc nawet jeśliby szampon robił coś cudownego z włosami, to i tak tego nie zauważę. Albo przypiszę to działanie odżywce. Ten sprawdza się dobrze, nie wysusza, nie kołtuni, a jedynym jego minusem jest otwór w butelce, przez który wylewa się ogrom płynu i nijak nie da się tego zastopować. Nie jest to jednak produkt dla osób, które wolą bardziej naturalne kosmetyki. Moim włosom jednak nie służą naturalne receptury szamponów, więc bardzo rzadko pokuszę się o ich stosowanie (i zawsze wtedy żałuję, że znów to sobie zrobiłam). W szamponie musi być chemia i już.

W odróżnieniu od odżywek - tu zdecydowanie częściej eksperymentuję. Tym razem postawiłam na bardziej naturalny produkt marki O'Herbal, odżywkę zwiększającą objętość włosów z ekstraktem z arniki, której dużym plusem jest wielkość opakowania. Odżywka jest niezwykle wydajna, dzięki rozwiązaniu z ułatwiającą dozowanie pompką. Naprawdę, jak na moje możliwości i szybkość zużywania tego typu produktów, mam ją już bardzo długo. Mimo że to produkt naturalny, ziołowy, ma całkiem przyjemny zapach, a jej kremowa konsystencja jest łatwa w aplikacji. I choć zwiększenia objętości włosów nie zauważyłam, to poza tym odżywka działa bez zarzutu. Nie obciąża, nie przesusza, nie kołtuni, za to zmiękcza, dyscyplinuje i wygładza włosy. Efekt ten spokojnie utrzymuje się do kolejnego mycia i to niezależnie czy zastosuję po niej maskę, czy jednak nie.

A skoro już o masce mowa - w końcu mam okazję poznać bananową z Garnier Hair Food, która stała się takim hitem, że gdy tylko w drogeriach pojawia się w promocji, w mgnieniu oka ma status niedostępnej. Muszę przyznać, że widząc co się dzieje, mam co do niej spore oczekiwania. Na razie użyłam jej tylko trzykrotnie, ale pierwsze wrażenie zrobiła na mnie pozytywne. W porównaniu z wersją Papaya z tej serii, którą miałam już okazję stosować, jej zapach bardziej mi odpowiada (nie utrzymuje się jednak na włosach), a konsystencję ma mocniej zbitą. Na moich włosach też lepiej działa. Sprawia, że te są sypkie, miękkie, bardziej błyszczące. Po jej zastosowaniu wyglądają o wiele lepiej - i widać to na pierwszy rzut oka. Mam nadzieję, że po zużyciu całego opakowania nadal będę mogła pozytywnie o niej mówić.


I choć moja standardowa pielęgnacja włosów opiera się na trzech produktach - szamponie, odżywce i masce, to czasem sięgam też po coś dodatkowego. Zależnie od potrzeb stosuję peelingi do skóry głowy, ampułki, oleje i inne wynalazki, aktualnie jednak mam tylko wcierkę do skóry głowy marki Vianek. Jej wielkim minusem jest atomizer, po prostu nie umiem nim nakładać produktu na włosy. Nie umiem. To mnie też zniechęca do jej regularnego stosowania, a wiemy, że tylko takie może pomóc pobudzić wzrost mocniejszych i grubszych włosów. Niezależnie jednak od efektów już teraz wiem, że do niej nie wrócę, dopóki forma aplikacji się nie poprawi.

Przeczytaj również: Poznajmy się bliżej - Vianek

A poza standardową i dodatkową pielęgnacją włosów zawsze w łazience mam również opakowaniu suchego szamponu. Tym razem jest to produkt marki Oriflame, HairX Advanced Care, Oil Control. Mimo że wciąż powtarzam, iż moim ulubieńcem w tej kategorii niezaprzeczalnie jest marka Batiste, to co jakiś czas staram się sprawdzić coś nowego, licząc na jakieś zaskakujące odkrycie. Tu jednak takiego nie zaznałam, bo choć szampon działa dobrze, to ma zbyt perfumowany zapach i świeżość włosów nie utrzymuje się tak długo, jak w przypadku wcześniej używanych przeze mnie suchych szamponów. Do tego jak na moje ostatnio bardzo rzadkie stosowanie, jest bardzo niewydajny - żeby uzyskać jakikolwiek widoczny efekt, muszę rozpylić go ogrom (a przez rozpyloną w małym pomieszczeniu mgłę można się zakasłać).


TWARZ 

> RANO


Idąc dalej: po czubku głowy przychodzi kolej na twarz. W jej przypadku moja pielęgnacja poranna jest szybka i nieskomplikowana, w końcu nie mam na nią zbyt wiele czasu (wybieram sen ponad wszystko inne). Zawsze rano myję twarz żelem bądź pianką, aktualnie jest to żel do mycia twarzy z Oriflame, Optimals Hydra, który przyjemnie odświeża skórę, zmywa pozostałości po kremie na noc, nie wysusza ani nie podrażnia. Ma gęstą formę, która w połączeniu z wodą dobrze się pieni i to nawet po nałożeniu niewielkiej ilości. Aktualnie nakładam go rękami na wilgotną skórę, bowiem moją szczoteczkę soniczną zostawiłam w domu rodzinnym i teraz muszę posiłkować się innym sposobem, zanim w końcu nie dotrę po nią do domu. Dlatego reszki piany ściągam za pomocą gąbeczki Konjac. Uwielbiam ten produkt! Jest delikatny dla skóry, świetnie zmywa wszystko - pomaga w ściąganiu maseczek, żeli, peelingów, jest uniwersalny i już od dwóch lat nie wyobrażam sobie pielęgnacji bez tego gadżetu.

Przeczytaj również: Moje kosmetyczne odkrycia 2017 roku

Po umyciu twarzy żelem rano przecieram ją jeszcze tonikiem z tej samej serii - Optimals Hydra, który bardzo lubię i do którego często wracam. Świetnie odświeża skórę, koi i przygotowuje ją do dalszych kroków, jakim rano jest nałożenie makijażu na bazę (aktualnie używam tak bogatego kremu, że wolę stosować go tylko wieczorem; ale o tym za chwilę). Można więc powiedzieć, że w pielęgnacji porannej osiągnęłam minimum minimalizmu.


> WIECZOREM


Przede wszystkim demakijaż! On wieczorem jest dla mnie najważniejszy i to niezależnie, o której godzinie i jak bardzo zmęczona wrócę do domu. A zaczynam go żelem do demakijażu oczu NovAge od Oriflame, bowiem ostatnio jeszcze mocniej stawiam na makijaż oka i nie wyobrażam sobie wyjść z mieszkania bez zrobionej kreski. Żel ten radzi sobie świetnie z każdym, nawet mocniejszym makijażem oka, przy czym jest bardzo łagodny i delikatny. Nie podrażnia, daje uczucie świeżości i ukojenia. Dziwię się, że jeszcze nie pojawił się na blogu w ulubieńcach - będę musiała to w najbliższym czasie nadrobić.

Po nim przychodzi czas na płyn micelarny Garnier Skin Naturals 3w1. Jest to tak popularny produkt, że aż wstyd się przyznać, że używam go po raz pierwszy. Ale tak właśnie jest. Jak widzicie, na ten moment zużyłam 1/4 opakowania i jestem zadowolona z jego działania. Dobrze zmywa, radzi sobie nawet z mocniejszym makijażem, a przy tym jest łagodny dla skóry - nie podrażnia jej ani nie wysusza. Może nie stanie się moim ulubieńcem, ale myślę, że jak tak dalej pójdzie, to z przyjemnością kiedyś do niego wrócę.

A dla upewnienia się, czy makijaż i zanieczyszczenia naprawdę dobrze zostały zmyte, używam również drugiego produktu do demakijażu. Aktualnie jest nim mleczko Mixa Pro-Tolerance, niezwykle łagodne i skuteczne w działaniu. Przyjemnie sunie po twarzy, pozbywając się resztek makijażu i zanieczyszczeń, za to pozostawiając po sobie miękką i gładką skórę, miłą w dotyku. Dzięki pompce używa się go naprawdę komfortowo i to nawet, gdy produkt dobija już nieuchronnie do końca opakowania.

Przeczytaj również: Mixa Pro-Tolerance - dla wrażliwej skóry


Po zmyciu makijażu i przed nałożeniem kremów zawsze stosuję tonik. Ten nie jest inny niż produkt stosowany przeze mnie rano, o którym pisałam powyżej, nie będę się więc powtarzać. Po nim nakładam krem pod oczy, aktualnie jest nim wersja Zielona herbata, korygujący krem pod oczy z Mokosh. Stosuję go od niecałego miesiąca, a niemal w ogóle nie widzę ubytku w słoiczku! A najlepsze, że mam go zużyć w przeciągu 3 miesięcy po otwarciu, co w przypadku tej pojemności jest po prostu niemożliwe. No chyba, że za każdym razem nakładałabym wielką szpachlę pod oko, ale wtedy to już w ogóle by się nie wchłaniał. Krem ten bowiem ma lekką konsystencję, co nie przekłada się to na jego wchłanianie. U mnie ten proces trwa dość długo, co - muszę przyznać - trochę mnie irytuje. Poza tym nie uczula i nie podrażnia, za to przyjemnie odżywia. Jego głównym zadaniem jest zredukowanie cieni pod oczami i jestem ciekawa, czy w dłuższej perspektywie to zaobserwuję. Na pewno o marce Mokosh i tych produktach pojawi się osobny, podsumowujący post, gdy tylko produkty dobiją dna.

Zwłaszcza, że do kompletu obecnie używam kremu do twarzy tej marki, wersja Malina. Przede wszystkim ten produkt przepięknie pachnie! Tak żywo, naturalnie, aż nabiera się ochoty na świeże maliny, zerwane wprost z krzaczka. Ponadto ma zdecydowanie treściwszą konsystencję, która mimo tego świetnie się wchłania. Na ten moment jestem bardzo zadowolona z jego działania. Pięknie zmiękcza, odżywia i wygładza skórę, sprawia, że ta jest zregenerowana i bardziej jędrna. Liczę, że dalsze stosowanie również będzie tak przyjemne jak dotychczasowe.

Czasem jednak na noc zamiast kremu nakładam maskę całonocną. NovAge Intense Skin Recharge to intensywnie regenerująca maska w formie przyjemnie pachnącego kremu, która szybko się wchłania. Nie trzeba się więc bać, że podczas snu wetrzemy ją w poduszkę. Według producenta powinno nakładać się ją na krem na noc, ja jednak robię to zamiast niego, bowiem dwa produkty razem zazwyczaj nieprzyjemnie się rolowały i schodziły ze skóry zanim na dobre położyłam się spać. Maska stosowana samotnie, po toniku i kremie pod oczy, świetnie regeneruje, odżywia i nawilża. Rano skóra wygląda na wypoczętą i zdrową, ta maska to niesamowita bomba energetyczna, po którą sięgam przynajmniej raz w tygodniu.


Dodatkowo przynajmniej dwa razy w tygodniu staram się zastosować peeling i po nim zaaplikować maseczkę inną niż wspomniana przed chwilą maska całonocna. Z racji, że głównie sięgam po maseczki w saszetkach, dziś wspomnę tylko o dwóch peelingach, które aktualnie zamiennie stosuję. Pierwszym z nich jest mój ulubiony scrub z NovAge, ekskluzywnej linii Oriflame, który mimo niemal niewyczuwalnych drobinek, naprawdę świetnie złuszcza martwy naskórek. Ma formę żelu, nie podrażnia ani nie powoduje jakiegokolwiek dyskomfortu. Bezproblemowo nakłada się go na twarz i z niej zmywa. Mimo swojej delikatności scrub jest niezwykle skuteczny i wydajny. Bardzo ładnie odświeża cerę, pobudza, zmiękcza i wygładza. Naprawdę chętnie po niego sięgam.

Przeczytaj również: Kosmetyczni ulubieńcy czwartego kwartału 2018 roku

Ostatnio jednak ma on konkurencję w postaci hitu Tołpy, peelingu 3 Enzymy, o którym swego czasu było niesamowicie głośno w internecie. A że do mnie większość rzeczy dociera z opóźnieniem, to dopiero teraz mam okazję go używać. Ma konsystencję żelu, którą aplikuje się na twarz na 10 minut. Z początku czuć pieczenie, ale nie jest ono zbyt uciążliwe (przynajmniej dla mnie). Kosmetyk nie podrażnia też skóry. Peeling przyjemnie pachnie, ładnie odświeża, oczyszcza i złuszcza skórę. Sprawia, że ta jest miękka, gładka, zmatowiona i miła w dotyku. Skóra wygląda na zdrowszą i chyba już rozumiem, czemu tyle osób określa ten peeling jako swój hit.


CIAŁO


Oprócz najbardziej widocznych zimą częściach ciała, warto też pamiętać o pielęgnacji tych ukrytych pod wieloma warstwami swetrów i kurtek. I tutaj w mojej pielęgnacji zdecydowanie dominuje Oriflame. Jest to spowodowane sukcesywnym zużywaniem zapasów, a z racji lepszego dostępu do tej katalogowej marki swego czasu sporo ich kosmetyków do mnie trafiało. Ostatnio jednak, co możecie zaobserwować w moich comiesięcznych przeglądach, ta sytuacja ma odwrotną tendencję i pewnie za niedługo się to zmieni. Ale do rzeczy - jeśli chodzi o ciało, to wszystko zaczyna się od żelu pod prysznic. Aktualnie używam lawendowego z Love Nature, ale to akurat szybko się zmienia. Najważniejsze, aby ten przyjemnie pachniał, dobrze mył i przyzwoicie się pienił. Resztę zawsze można poprawić kolejnymi krokami.

Na przykład peelingiem. Tutaj już końcówka odżywczego scrubu do ciała Swedish Spa o pięknym, migdałowym zapachu i żelowej konsystencji z dobrze wyczuwalnymi drobinkami. Nie jest to może mocny zdzierak, za którymi bardzo przepadam, ale mimo to robi dobrą robotę. Pozbywa się martwego naskórka, zmiękczając przy tym skórę. Nie podrażnia, dobrze się aplikuje i przyjemnie używa.

I jak o stosowaniu peelingu do ciała nie zapominam, tak z balsamowaniem jest u mnie różnie. Jak sobie je wkręcę, to stosuję regularnie. Gorzej, gdy zrobię sobie przerwę... wtedy ciężko jest mi wrócić do poprzedniego stanu. Nie jestem bowiem wielką fanką balsamowania ciała i to się chyba nie zmieni. Aktualnie używam masła Swedish Spa z Oriflame, o którym już jakiś czas temu pisałam. W międzyczasie jednak zaczęłam stosować inny produkt, ten odkładając na bok. I choć już kolejny mam na tapecie, nie otworzę go dopóki nie zużyję tego kosmetyku - takie dałam sobie postanowienie i mam zamiar je dotrzymać. Mimo przerwy w stosowaniu moja opinia na temat tego masła do ciała w ogóle się nie zmieniła. Dobrze się je rozprowadza, mimo swej bogatej konsystencji, szybko się wchłania, a do tego świetnie działa - długotrwale zmiękcza i wygładza skórę, nadając jej przy tym przyjemny zapach.

Przeczytaj również: Nowa odsłona linii Swedish Spa - czy równie dobra co poprzednia?

A poza produktami pielęgnacyjnymi zimą również sięgam po te do golenia. Mimo że zdarza się to rzadziej niż latem, to jednak zawsze stoją u mnie na wannie w łazience, gotowe do użycia. A tubka żelu Silk Beauty nie jest moją pierwszą i na pewno nie ostatnią. Ma przyjemny zapach, konsystencję, która sprzyja poślizgowi maszynki, nie powodując przy tym zacięć, czy podrażnień, a do tego nawilżając skórę. Obok pianek do golenia z Balea to mój ulubiony tego typu produkt.


> RĘCE I STOPY


Ostatnio większą wagę przywiązuję także do pielęgnacji stóp i dłoni, o których do tej pory zdarzało mi się zapominać. W obu przypadkach stosuję peeling i krem. U stóp aktualnie króluje peeling z serii #foodie od Soraya (o której już niedługo więcej na blogu), w wersji miód manuka. Ma gęstą konsystencję z niezbyt ostrymi drobinkami, jest bardzo przyjemny w aplikacji oraz wspomaga zmiękczanie i wygładzenie stóp. Peeling do rąk natomiast wprowadziłam do swojej pielęgnacji całkiem niedawno, zważywszy na coraz większe problemy z przesuszaniem się dłoni, które od jakiegoś czasu codziennie stykają się z mnóstwem papierzysk i zimnym powietrzem. Aktualnie używam tego z Soraya #foodie z serii Jagoda, który stoi u mnie na umywalce w łazience i z wyrzutem przypomina mi o swoim istnieniu. Używa się go bardzo przyjemnie, ma słodki zapach, delikatnie się pieni po kontakcie z wodą. Ma drobne drobinki, mimo to przyjemnie zmiękcza dłonie i złuszcza martwy naskórek. Stosowany wespół z kremami pomaga mi pozbyć się szorstkości dłoni i ich przesuszenia.

Z kremów natomiast używam dwóch produktów Oriflame. Feet Up z limitowanej edycji Summer Fresh o zapachu poziomek i rabarbaru już kiedyś dobrze się u mnie sprawdził, postanowiłam więc do niego wrócić, gdy skończyła mi się dotychczas stosowana maska do stóp. Krem nakładam głównie na noc, po wieczornym prysznicu. Ładnie odżywia, przyjemnie chłodzi i zmiękcza skórę stóp. Powoli bowiem trzeba zacząć je przygotowywać na wiosenny coming out z grubych skarpet i bardzo zabudowanych butów. Natomiast krem do rąk Hand Care z awokado kupiłam dlatego, że... urzekł mnie jego zapach. Jest cudowny! Nigdy nie sądziłam, że tak bardzo spodoba mi się kosmetyk o zapachu awokado. Ponadto krem szybko się wchłania i ładnie odżywia i nawilża dłonie. Może nie na długo, ale mam tak wielką przyjemność z jego stosowania (w odróżnieniu od produktu, o którym za chwilę), że chętnie częściej po niego sięgam.


> NA NOC


I można pomyśleć, że to powinno być już wszystko. Ostatnio jednak wyrobiłam sobie nawyk smarowania dłoni i ust przed snem, o którym chcę tu wspomnieć. W końcu zimą dodatkowe nawilżanie jest niemal wskazane. Aktualnie kremem do rąk, jaki używam na noc, jest ten z Yope, wersja herbata z miętą. Nie odpowiada mi jego zapach, opakowanie, działanie też ma przeciętne i właśnie dlatego smaruję nim dłonie wieczorem - byleby tylko go zużyć. Przez opakowanie bowiem nie mogę nosić go ze sobą - pod koniec aluminium popękało tu i ówdzie i mogłabym zafajdać sobie całą torebkę, muszę więc go trzymać w domu. Stosowanie na noc jest więc jedyną opcją. Mam nadzieję, że szybko się skończy i dłużej nie będę musiała się z nim męczyć...

Przeczytaj również: Poznajmy się bliżej - z marką Yope

Za to krem uniwersalny Tender Care uwielbiam! Ma wiele odsłon, ja aktualnie mam opakowanie o zapachu czarnej porzeczki. Świetnie działa nie tylko jako balsam do ust, ale również na wszystkie suche miejsca, np. łokcie, czy na oparzenia lub zranienia. Cudownie nawilża, a do tego bosko pachnie. Jedyne, do czego można by się w jego przypadku przyczepić, to opakowanie, ale ja już się do niego na tyle przyzwyczaiłam, że mi to nie przeszkadza (a nawet znalazłam swój patent na wydobywanie go ze środka tak, by krem nie wchodził mi przy tym za paznokcie:)).

Przeczytaj również: Makijażowi ulubieńcy z Oriflame



I tak aktualnie wygląda moja półka w łazience oraz pielęgnacja, jaką stosuję. W sumie to nie wiem, czy to dużo, czy mało - to jest pewnie zależne od punktu widzenia. Jakie jest Wasze? Jak bardzo rozbudowana jest Wasza pielęgnacja? Dajcie znać, czy taka zbiorcza forma wpisu Wam odpowiada :)

Inne posty z tej kategorii

31 komentarzy

  1. Kremy do rąk Yope to prawdziwa porażka niestety :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze wspominam maskę bananową, choć papaja dla mnie lepsza:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam tę bananową maskę, dla mnie jest genialna 😉

    OdpowiedzUsuń
  4. O nie znam tego szamponu.

    Zapraszam i do mnie :)
    www.natalia-i-jej-świat.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo lubię tego typu posty, więc fajnie, że pojawia się i u Ciebie taka seria. Z przyjemnością będę ją czytać :)
    Miałam tą odżywkę do włosów i faktycznie jest bardzo fajna. Miło ją wspominam i do tego ma świetnie opakowanie :) Maskę garniera miałam wersję z papają i była taka sobie, nie wiem czy do niej wrócę, bo mnie nieco rozczarowała. Ale banana z chęcią wypróbuję! Płyn Garniera też jest mi znany, fajny był, ale powiedziałabym bez szału. Wolę płyny bielendy, jeśli nie miałaś to bardzo Ci polecam, a zwłaszcza ten z niebieskiej wersji expert czystej skóry. Peeling Tołpa mam na chciejliście, więc w końcu będzie mój :D Jeśli chodzi o krem yope to kusił mnie swego czasu, jako jedyny z oferty marki w sumie :P Ale słyszałam niezbyt pozytywne opinie na jego temat, więc póki co sobie daruję :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam dawno nic z Bielendy za wyjątkiem maseczek. Ostatnio ta marka wypuszcza tyle nowości, że aż nie nadążam :D Ale pewnie w końcu zdecyduję się na coś, bo ich ostatnie serie (zwłaszcza te bardziej naturalne) są intrygujące :)

      Usuń
  6. Serię foodie dostałam do przetestowania i choć ogólnie mi się spodobała, to ten peeling jest wg mnie strasznym przeciętniakiem. Za to uwielbiam mus do rąk z melonem z tej serii.

    Ja z kolei wolę zapach wersji papajowej :D I ogólnie wersja papajowa tej maski dużo bardziej mi podeszła, jest wydajniejsza i jakoś lepiej działała na moje włosy, choć bananowa też jest niezła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Który peeling? Ten do rąk czy do stóp? Bo u mnie gorzej się właśnie ten do stóp spisuje, oba mają gęstą konsystencję, ale u rąk jakoś lepiej zdaje to egzamin.

      Usuń
  7. Powiedziałabym, że to dużo kosmetyków, ale w przypadku mojej pielęgnacji pewnie wyjdzie tyle samo ;)
    Moje włosy też wolą chemiczne składy, ale ostatnio po raz kolejny niechcący wzięłam taki bez SLS-ów... I tak sprawdzę, bo tym razem to Garnier Fructis, a akurat z tymi szamponami się lubię, więc może akurat będzie okej. I też wyrobiłam sobie nawyk używania kremu do rąk i balsamu do ust na noc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się też wydawało, że nie jest ich tak wiele, a jednak, gdy zrobiłam to zestawienie, to przekonałam się, ja bardzo się mylę. Choć w sumie mogłoby być ich jeszcze więcej :D

      U mnie Garnier Fructis też się dobrze sprawdza:)

      Usuń
  8. dosc sporo tych produktow, ale tych konskretnych ktore pokazujesz jeszcze nie miałam, czas nawyzszy, swietny post, zainspirowalas mnie haha :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Większości produktów nie znam. Garnier ma świetne płyny micelarne :)

    OdpowiedzUsuń
  10. No koleżanko wielki PODZIW za opisanie nam całej swojej pielęgnacji! Toż to mnóstwo pracy! Już samo nakładanie i używanie tych wszystkich kosmetyków zajmuje sporo czasu, a tu jeszcze o każdym po kolei minirecenzja. Wielki podziw! I tak jak już Ci wspominałam na priv - to czytasz mi w myślach, bo sama też myślałam że tego typu posty są fajne i chciałam takie wprowadzić na swojego bloga ;-)
    Jeśli chodzi o włosy to moje są zupełnym przeciwieństwem i ponieważ się puszą i plączą na potęgę, to muszę im trochę więcej poświęcać. Ale ponieważ jestem leniwa, to tylko wtedy kiedy myje włosy ;D I dla mnie szampon też musi być "chemiczny", musi się dobrze pienić i tyle. I też mam Schaume, tylko tą wersję z mango chyba ;-)
    Ooo zainteresował mnie ten tonik z Vianka do włosów, nie wiedziałam że mają takie cudo. Aktualnie z tej marki mam olej do olejowania, ale robię to bardzo rzadko.
    Jeśli chodzi o demakijaż, to tez jestem własnie na etapie zużywania swojej pierwszej butli z Garniera - więc piątka! No i nie powiem - zaciekawił mnie ten peeling z tołpy bardzo!
    No i zdradź swój patent na wydobywanie Tender Care ze słoiczka, bo coś się do niego zniechęciłam własnie przez to "grzebanie" ;-)
    A co do pielęgnacji dłoni, to już wiesz... ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, kochana! <3 :* Rzeczywiście, pisałam to pół dnia, więc trochę mi to zajęło :) Chciałam być dokładna, ale na pewno przy kolejnym razie trochę ten wpis udoskonalę, by nie było już tak rozwlekle. Wiadomo jednak, że pierwsze koty za płoty :D Chciałam spróbować z tą serią i cieszę się, że tak dobrze się przyjęła. I super by było, gdyby u Ciebie się taka pojawiła, bardzo lubię je czytać, więc tym bardziej zachęcam do jej zainaugurowania :)

      A mój patent jest prosty: wsadzam palec tak, by końcówką paznokcia podważyć potrzebną ilość kremu i rozsmarować ją na pożądanym miejscu. Bo gdy próbowałam wydobywać krem opuszkiem palca, zawsze mnóstwo Tenderka miałam pod paznokciem :)

      Usuń
  11. Ja tego typu posty robię tylko o włosach, ale ogólnie spoko pomysł ;D
    Znam tylko maskę bananową. Tzn. dzisiaj użyłam jej drugi raz i cały czas czuję jej cudowny zapach. Gdy wchodzę do łazienki to też ;D

    OdpowiedzUsuń
  12. Mam ten tonik wcierkę z Vianka ale jeszcze nie używałam. Aż się boje aplikowania teraz ;p

    OdpowiedzUsuń
  13. Świetne produkty! Ja osobiście poluję na ten peeling z Tołpy i nigdzie nie mogę go znaleźć. A produkty Mokosh uwielbiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Aż wstyd się przyznać, ale do tej pory nie używałam płynu micelarnego Garnier Skin Naturals 3w1.

    OdpowiedzUsuń
  15. Znam tylko ten płyn Garniera kultowy juz :) a peelingu Tołpy miałam odlewkę.

    OdpowiedzUsuń
  16. peeling z Tołpy jest genialny!

    OdpowiedzUsuń
  17. Kurcze sporo osób poleca peeling z TOŁPY - muszę się skusić.
    OBSERWUJĘ :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo lubie peeling Tołpy oraz maskę bananowa Garniera <3

    OdpowiedzUsuń
  19. Bardzo fajna seria!
    Podoba mi się to, że demakijaż uważasz za podstawę - ja tak samo! Wracając np. z wesela mogę już darować prysznic, ale buzię trzeba umyć!

    Z pokazanych kosmetyków znam tylko krem pod oczy Mokosh, u mnie wypadło bardzo przeciętnie i nie miało żadnego wpływu na moje cienie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, niezależnie od wszystkiego nie umiem pójść spać w makijażu. Nie i już. Co do Mokosh to na razie mam podobne odczucia, ale to dopiero początek, więc postanowiłam dać mu jeszcze szansę :)

      Usuń
  20. Też przeważnie włosy myję co dwa dni ;p Garnierka oczywiście znam i bardzo chętnie używam wraz z innymi micelarkami :) Serię #foodie bardzo lubię, ślicznie pachnie zwłaszcza melon :D

    OdpowiedzUsuń
  21. Przy Twojej pielęgnacji moja wygląda niezwykle ubogo. Ale jestem raczej z tych leniwych, którzy nie lubią spędzać wielu godzin w łazience :D Na szczęście, moja skóra nie lubi zbyt bogatej pielęgnacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paradoksalnie: mimo tylu kosmetyków, nie spędzam zbyt wiele czasu w łazience :)

      Usuń
  22. Nie miałam żadnego z tych produktów, szampony Schauma lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  23. No ja trochę mam.tej pielęgnacji co używam teraz ale mniej od twojej :) Z
    Jedynie Garnierka miałam:)

    OdpowiedzUsuń

Cześć :) Cieszę się, że tu jesteś i że chcesz skomentować ten wpis! Informuję, że nie ma u mnie obserwacji za obserwację, na pytania zawsze odpowiadam zaraz pod nimi, a komentarze nic nie wnoszące do dyskusji (coś w stylu „świetny blog, wpadnij do mnie”) od razu kasuję. Do następnego! :)

Jestem tutaj

INFORMACJA

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka) zapisywane na Twoim komputerze. Korzystając z niej, wyrażasz na to zgodę. Więcej o polityce prywatności, obowiązującej na stronie, przeczytasz w odpowiedniej zakładce w górnym panelu bloga.