KWIETNIOWE DENKO KOSMETYCZNE

22:22



Ostatnio mam lekkie zaległości jeśli chodzi o pisanie postów z moim comiesięcznym raportem kosmetycznym, co wcale nie oznacza, że zapominam o jego robieniu, o nie! Denko tak skutecznie weszło mi w krew, że każdego pierwszego dnia nowego miesiąca z wielką ciekawością sprawdzam, co tym razem znalazło się w moim denkowym pudełku.
A Ty? Też jesteś ciekaw, jakie kosmetyki wykorzystałam w kwietniu i co o nich sądzę? Jeśli tak, to zachęcam Cię do przeczytania całego wpisu.

Muszę przyznać, że na pierwszy rzut oka moje kwietniowe denko kosmetyczne wygląda całkiem zacnie, czego kompletnie się nie spodziewałam. Jest to chyba największe denko, jakie dotychczas miałam, dlatego ograniczę ten wstęp do minimum i przejdę lepiej do konkretów.


CIAŁO: Wielkanoc tuż-tuż, a w mojej łazience wciąż bardziej aromaty Bożego Narodzenia aniżeli wiosennego przebudzenia. Czym to jest spowodowane? A mianowicie cukrowym peelingiem do ciała firmy Ziaja o zapachu piernika, imbiru i cynamonu. Jeśli nigdy nie mieliście okazji go wypróbować, to musicie uwierzyć na słowo, że zapach jest o-błę-dny! Poza tym peeling wyróżnia się również dużymi, dobrze wyczuwalnymi drobinkami, które naprawdę fajnie złuszczają martwy naskórek. Po użyciu skóra nie tylko pięknie pachnie, ale jest też dobrze zmiękczona, wygładzona i wypielęgnowana. Jestem tym peelingiem zachwycona i na pewno do niego wrócę, choć może tym razem o odpowiedniejszej porze roku.

Jeden z moich ulubieńców z Oriflame - złuszczający żel pod prysznic Nature Secrets z energetyzującą miętą i maliną, i to w butelce o najlepszej możliwej pojemności, czyli 750 ml! Nie dość, że myje i odświeża skórę, to jeszcze w swej konsystencji ma drobinki złuszczające, dzięki którym działa na ciało niczym dobry peeling. Ma cudowny, świeży i orzeźwiający zapach, a prysznic z jego udziałem to prawdziwa przyjemność. Polecam szczególnie po treningu czy po biegu - dzięki takiemu odświeżeniu zapomina się o jakimkolwiek zmęczeniu i znów ma się energię do działania.


WŁOSY: Odbudowująca maska do włosów HairX Ultimate Repair to pierwszy produkt z całej linii pielęgnacyjnej, która mi się skończyła. Maska ma bardzo przyjemny, lekko słodkawy, niezbyt intensywny zapach oraz maślaną, lejącą się konsystencję. Nakłada się ją na umyte włosy, trzyma przez 5 minut, po czym dokładnie spłukuje. Maska bardzo dobrze pielęgnuje i nawilża włosy, które po umyciu są miękkie, gładkie i bardziej sprężyste. Ponadto odniosłam wrażenie, że mam ich na głowie tak jakby więcej, możliwe że to dzięki nadaniu objętości, o której wspomina w opisie producent. Co ważne maska nie obciąża włosów, oczywiście, o ile nie przesadzi się z aplikowaną na włosy dawką. Stosowałam ją z szamponem i odżywką z tej samej serii, jednak wciąż jest tak 1/5 opakowania, zapewne więc ich opis znajdzie się w przyszłym denku. 

Odkąd odkryłam suche szampony Batiste, nie wyobrażam sobie już bez nich życia. Ratują mnie bowiem z największych włosowych opresji. Mam już swoje dwa wypróbowane warianty zapachowe, po które naprzemiennie sięgam, jednak ostatnio postanowiłam nie popadać w rutynę i spróbować czegoś nowego, dlatego wybrałam wersję Cherry. I, niestety, to był błąd. Szampon co prawda swoim działaniem nie odstaje od innych wariantów zapachowych - nadal fajnie odświeża, unosi włosy, nie obciąża ich, a po wmasowaniu nie pozostawia niepożądanych białych śladów, jednak nie przypadł mi do gustu. Dlaczego? Właśnie przez jego zapach. Kiedy go rozpylałam na swoich włosach, w mojej małej łazience bez okien musiałam otwierać drzwi, bo inaczej bym się udusiła... Szampon ma bardzo duszący zapach i dlatego z wielką ulgą przyjęłam skończenie się opakowania i możliwość powrotu do mojego ulubionego Oriental czy Tropical.


TWARZ: Kojący żel do demakijażu oczu NovAge to mój niekwestionowany numer jeden. Jeszcze nie spotkałam równie dobrego produktu, który tak by mnie zachwycił. Po pierwsze - bardzo dobrze zmywa najbardziej trwały make up i to bez zbędnego pocierania, dociskania, czy używania sporej dawki i niezliczonej ilości wacików. Po drugie - nie podrażnia. Występuje w formie bezbarwnego, bezzapachowego żelu, który nie powoduje szczypania czy zaczerwień. Łagodnie usuwa makijaż i zanieczyszczenia, nadając tak wrażliwym miejscom, jak okolice oczu, świeżości i ukojenia. Po trzecie - umieszczono go w 150 ml butelce, która starcza na naprawdę długi czas, mimo codziennego stosowania. U mnie skończył się on po ponad pół roku! Ponadto posiada poręczną pompkę, dzięki której aplikacja jest bezproblemowa. Dzięki niej nigdy nie nałoży się zbyt wiele żelu na wacik. Do tego NovAge posiada formułę wzmacniającą rzęsy. Używam go od ponad roku i nie mam zamiaru w najbliższym czasie zmieniać na cokolwiek innego, ponieważ w zupełności zaspokaja moje oczekiwania. Zawsze miałam wielki problem z demakijażem oczu, bowiem płyny dwufazowe, inne żele z drogerii czy micele kompletnie się nie sprawdzały... aż trafiłam na to cudo i przestałam się martwić, czy wieczorem zmyję tę kreskę na powiece, którą rano mam ochotę sobie zrobić.

Było o demakijażu, to teraz krótko o walce z przykrymi niespodziankami na twarzy, czyli żel wysuszający wypryski Pure Skin SOS, do którego od samego początku byłam bardzo sceptycznie nastawiona, bowiem kiepsko jest z moją wiarą w takie cuda. A jednak! Produkt naprawdę się sprawdził - jest skuteczny, praktyczny i wygodny w obsłudze. To bezwonny żel o galaretowatej konsystencji, który zazwyczaj za pomocą aplikatora nakładam punktowo na krostkę i zostawiam na noc. Rano pojawiający się wyprysk jest mniejszy, wysuszony i już nie rośnie, a skóra wokół niego nie jest zaczerwieniona. Co zadziwiające, to malutkie opakowanie jest bardzo wydajne! Używałam go niemal pół roku przy bardzo częstym stosowaniu i dopiero teraz wylądował w koszu. Jestem pod wrażeniem tego cudu techniki i już zamówiłam sobie kolejne opakowanie.

Ekspresowe serum nawilżające na twarz, szyję i dekolt Perfecta kupiłam kiedyś w Biedronce z... co będę ukrywać, z powodu kobiecego odruchu wrzucenia czegoś do koszyka. Czegoś, co nie jest niezbędne, ale co wpada w oko i chce się to wypróbować. Nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie zachwyci i że wystarczy mi na ponad 20 aplikacji. DWADZIEŚCIA. Serum ma za zadanie nawilżyć i poprawić koloryt skóry oraz zmniejszyć zaczerwienienia. Ma kremową, lejącą się konsystencję oraz kwiatowy zapach, coś z rodzaju woni drzewa owocowego. Pachnie więc bardzo ładnie. Nakłada się je na oczyszczoną skórę i po 15 minutach wciera pozostałości. Efektem tego zabiegu jest nawilżona, gładka, miękka i przyjemna w dotyku skóra, i to przez cały kolejny dzień.

W tym miesiącu za wyjątkiem demakijażu, oczyszczania i serum zużyłam jeszcze trzy różnego rodzaju maseczki. Pierwszą z nich jest kojąca maseczka z owsem Love Nature, która bogata jest w witaminy z grupy B. Po otwarciu opakowania (które bez pomocy nożyczek niestety nie da się otworzyć, mimo wszelakiego rodzaju prób) rzuca nam się lekko specyficzny zapach, który mnie osobiście nie urzekł, jednak nie przeszkodził mi w aplikacji. Maseczka ma kremową konsystencję, dość rzadką, jednak nie na tyle, by samoistnie spływała z twarzy. W opakowaniu produktu było akurat na jedno użycie. Maseczkę nakładamy na twarz i zostawiamy na 10 minut, po których zmywamy. Skóra dzięki niej staje się miękka, gładka, odżywiona i ukojona. Przyjemny efekt.

Następną zużytą maseczką w kwietniu była rozjaśniająca maska w bawełnianej płachcie NovAge z nowej serii produktów luksusowych Oriflame. Wariant maski wzorowany był na tych koreańskich. W swoim składzie zawiera witaminę C, szczaw, zapian himalajski i drzewo Tara, nakłada się ją na oczyszczoną twarz i trzyma przez 15 minut. Bawełniana płachta jest dobrze nasączona kosmetykiem, jednak w porównaniu z maskami pochodzenia koreańskiego esencji nie było aż nadto, nie lało się z niej, do czego jestem już przyzwyczajona. Maska ma działanie nawilżające i rozjaśniające. Odżywia skórę twarzy i wyrównuje jej koloryt, a przy regularnym nakładaniu producent zapewnia, że ponadto wygładza powierzchnię skóry. Podczas zabiegu czuć przyjemne mrowienie, nawet krótko po ściągnięciu można je było odczuć. Po tym porannym zabiegu moja cera była pięknie oczyszczona, miękka, świeższa i gotowa na codzienny make up.

Ostatnią maseczką, wykorzystaną przeze mnie w kwietniu, jest L'Oreal Paris Skin Expert maska czysta glinka, detoksująco-rozświetlająca. Już na samym początku podchodziłam do niej z dużym dystansem, bowiem przed jej użyciem naczytałam się wielu negatywnych opinii w Internecie. Poza tym moja przyjaciółka nie była z niej zadowolona, przez co ostatecznie mi ją oddała. Po nałożeniu wiele osób skarżyło się bowiem, że maska pali je w skórę, dlatego z niezwykłą starannością przyglądałam się swojej twarzy przez całą aplikację. Na szczęście - u mnie nic takiego nie miało miejsca, co prawda odczuwałam ciepło, ale nie w taki sposób, jakby miało mnie to parzyć. Maska bardzo dobrze się rozprowadza, zostawia się ją na twarzy przez 5-10 minut, po czym zmywa. Przez ten czas maska zasycha i zmienia swój kolor z czarnego na szary. Maseczka ma gęstą konsystencję o gliniastym zapachu (to zapewne skutek zwartości 3 glinek + węgla). Bardzo mocno ściąga skórę podczas zasychania, że ledwo co można poruszyć ustami, a o większej mimice można zapomnieć. Zmywa się ją dość łatwo, nie wiem jednak, na ile jest to kwestia "wprawy" po wcześniejszym używaniu przeze mnie kilku innych czarnych masek, a ile to jej właściwości, ale tym razem nie ubabrałam siebie, swoich włosów i połowy łazienki. Maska naprawdę dobrze oczyszcza skórę, wygładza i pozbywa się niedoskonałości, jednak efektu rozświetlającego cery nie zauważyłam. Do tego po użyciu skóra jest bardzo sucha, trzeba więc nałożyć sporą dawkę kremu, by poczuć się w niej znów swobodnie. Mam więc co do niej dość mieszane uczucia, bo z jednej strony naprawdę fajnie oczyszcza, a z drugiej nie do końca spełnia pokładane w niej przeze mnie oczekiwania.


INNE: Złuszczająca maska do stóp Pure Derm w formie foliowych skarpetek zawierających preparat z ekstraktem z papai. W opakowaniu znajdziemy jedną parę skarpet, pasujących na stopy do rozmiaru 42. Maskę nakłada się na umyte i wysuszone stopy, i trzyma się ją na nich przez co najmniej godzinę. Kiedy jednak założyłam skarpetki na moje stopy o rozmiarze 38, niemal się w nich utopiłam. Nie czułam się komfortowo, mimo zapewnień, że będą pasować na standardowe rozmiary 38-42. Nie miałam jednak zamiaru siedzieć w jednym miejscu przez ponad godzinę, bo bym oszalała, dlatego na maskę założyłam moje froterowe skarpetki i mogłam dzięki nim w miarę normalnie funkcjonować. W miarę, bo i tak dziwnie mi się chodziło czując "wodę w butach", ale było to lepsze od bezczynnego siedzenia. Maskę trzymałam na stopach niemal półtorej godziny, użyłam jej w poniedziałek i przez długi czas żyłam w przekonaniu, że nie zadziałała. Dopiero gdzieś tak koło soboty zaczęłam zauważać, że gubię skórę i to dużymi płatami, co trwało cały kolejny tydzień. I mimo że na opakowaniu było zaznaczone, że skarpetki mogą zadziałać troszeczkę później, jednak będąc szczerą, spodziewałam się szybszych efektów. Poza tym maska nie do końca poradziła sobie ze wszystkim, czego chciałam się pozbyć. Jestem z niej więc w średnim stopniu zadowolona i pewnie w najbliższym czasie użyję jeszcze jednej dla poprawienia efektów, ale tym razem skorzystam ze złuszczających skarpetek innej firmy.

Jeśli już jesteśmy przy stopach, w kwietniu zużyłam również regenerującą kurację do stóp 2 w 1 Home Spa od Evree. Saszetka składa się z dwóch kroków - złuszczającego peelingu oraz regenerującej maski. Wszystko to zamknięto w wygodnym opakowaniu. Krok pierwszy - peeling - zawiera kwasy AHA, naturalne drobinki pumeksu, wosk pszczeli oraz urea, dzięki którym usuwa zrogowaciały naskórek oraz nawilża skórę. Drobinki są bardzo dobrze wyczuwalne, grube i naprawdę czuć, że coś się dzieje na stopach i widać efekty zabiegu, zapewne to dzięki tym drobinkom pumeksu. Krok drugi - maska - zawiera olejek migdałowy, olej canola, wosk pszczeli, pantenol i ureę, które dostarczają skórze substancji odżywczych. Maseczka bardzo dobrze nawilża i łagodzi podrażnienia po wcześniejszym kroku. Trochę ciężko się wchłania, jednak jest to niewielki mankament. Za to pięknie pachnie (może dlatego, że zawiera w sobie woń uwielbianej przeze mnie lawendy?), więc tym mnie do reszty kupiła. Efekty widocznie są już po pierwszym użyciu, skóra jest bardziej gładka i miękka. Szczególnie zachwyciła mnie część z peelingiem i zapewne jeszcze nie raz po nią sięgnę.

Ostatnim kosmetykiem, jaki został mi do opisania w kwietniowym denku, jest woda toaletowa Solar o kwiatowo-owocowym zapachu (nuty głowy - arbuz, jagody acai, kawior i cytrusy; nuty serca - gujawa, piwonia i passiflora oraz baza - piżmo, paczula i hibiskus). Perfumy mają dość specyficzny zapach, ni to słodki, ni intensywny, ni orzeźwiający, ale mimo to bardzo je lubię. Mają w sobie coś z lata, co w chłodniejszych dniach przypomina nam o wakacyjnej beztrosce. Co ważne, perfumy długo utrzymują się na skórze i ubraniu. Ostatnio po ponad sześciu godzinach w pracy koleżanka, która przyszła mnie zmienić, zapytała mi się o nazwę perfum, których używam, bo wciąż jeszcze wyczuwalny był ten specyficzny zapach, który ją zaintrygował. A to chyba najlepsza rekomendacja.


Na koniec jeszcze coś nowego, czego nie robiłam w swoim podsumowaniach do tej pory, a mianowicie: PRÓBKA MIESIĄCA. Postanowiłam dodać tu taki mały bonus, bowiem w kwietniu zużyłam wiele próbek (nie wszystkie są na zdjęciu w nagłówku) i postanowiłam jedną z nich wyróżnić. Taką, która najbardziej mnie zachwyciła, a mowa tu o próbce kremu na dzień NEURO GLICOL + VIT. C od Bielendy, którą dostałam jakiś czas temu przy okazji zakupów w Rossmannie. Krem w swym składzie zawiera kwas glikolowy o stężeniu 0,5% oraz witaminę C, dzięki którym poprawia kondycję skóry, reguluje przebarwienia i wygładza zmarszczki. Miałam aż dwie tego kremu saszetki i choć według zaleceń jest on dla kobiet w wieku 30+, stwierdziłam, że spróbuję, a nuż przyda mi się na przyszłość. Krem nałożyłam jako bazę pod podkład, w saszetce jest akurat tyle produktu, aby starczyło na jedną aplikację. Moja skóra dzięki niemu stała się nawilżona, krem zredukował błyszczenie się i rozświetlił cerę. Fajnie stopił się z podkładem i wyrównał koloryt cery, a ponadto dzięki filtrowi SPF 20 chronił naskórek przez cały dzień przed promieniami UV. Okazał się być bardzo dobrą bazą pod makijaż i myślę, że samodzielnie również bardzo dobrze by się sprawdził.



I oto całe moje podsumowanie w myśl znanego przysłowia: "Kwiecień-plecień, bo przeplata...", bowiem u mnie w minionym miesiącu też przeplotło się sporo przeróżnego rodzaju kosmetyków. Z jednych jestem bardziej, a z innych mniej zadowolona, ale żaden nie okazał się koszmarnym bublem. A Ty, sprawdzałaś jakieś kosmetyki z powyższej listy? Może masz co do nich inne odczucia niż moje? A może użyłaś w kwietniu coś, co naprawdę warto polecić do przetestowania? Napisz w komentarzu, chętnie się dowiem!

Inne posty z tej kategorii

2 komentarzy

  1. Też bardzo lubię szampony batiste, te skarpetki oczyszczające też bardzo lubię :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Używałam tych samych skarpetek złuszczających i bardzo podobne odczucie - że zaczęły działać nieco później niż się spodziewałam ;-) Żel z mięta i maliną musiał być świetny! Zamówiłam sobie własnie z konkurencyjnej firmy grejpfrut i miętę - będziemy mogły powiedzieć, że "czujemy miętę" latem? ;-)

    OdpowiedzUsuń

Cześć :) Cieszę się, że tu jesteś i że chcesz skomentować ten wpis! Informuję, że nie ma u mnie obserwacji za obserwację, na pytania zawsze odpowiadam zaraz pod nimi, a komentarze nic nie wnoszące do dyskusji (coś w stylu „świetny blog, wpadnij do mnie”) od razu kasuję. Do następnego! :)

Jestem tutaj

TRANSLATE